Wilno

Wyruszyliśmy o czwartej rano w sobotę, w trakcie tego tygodnia pełnego wrażeń, w którym sen stał się towarem deficytowym. Pomimo, że od kilku godzin trwała wielka polska majówka, ruch był znikomy, mijane przez pierwszą godzinę auta spokojnie można było nazwać białymi krukami. Pusto, cicho, ciemno. Samochód pruł przez Polskę dobrym tempem, w tle leciała muzyka. To jest ten ulubiony moment, moment wyjazdu, kiedy jedziesz gdzieś, gdzie jeszcze nie byłeś. Wcześniej przeglądałeś tylko zdjęcia w Internecie, czytałeś przewodniki i książki. A teraz to się dzieje.

Pierwszy postój na samej granicy, jajecznica na szynce, dla Jasia chwila przerwy od fotelika. Dla wielu osób podróżowanie z dzieckiem to za duży problem, dla nas czysta przyjemność. Co starsi czytelnicy pamiętają, że rok temu, kiedy nasz syn miał zaledwie 7 miesięcy wyruszyliśmy autem pokonując w sumie 4,5 tysiąca kilometrów. Bez żadnych problemów. Czym więc tym razem ma być dla niego jedyne 2 tysiące?

Ach ta jajecznica! To śniadanie, wyjątkowo smaczne, w wyjątkowo dziwnym barze, gdzie na ścianie wisi zdjęcie upamiętniające wizytę prezydenta Komorowskiego. Jakoś to wszystko do siebie nie pasowało, ponieważ lokal nie należał do wyjątkowo eleganckich, tym bardziej nie pasował do prezydenckich standardów. Ledwie kilka stolików, pamiętających pewnie wczesne dziewięćdziesiąte, gdzie zamawia się przy barze, a po zjedzeniu uprasza się gości o zwrot naczyń do okienka – ale wkroczyliśmy na wschodnią drogę, a tam absurdów nigdy nie brakowało. To śniadanie dało o sobie znać godzinę później, kiedy monotonna jazda oraz pełny brzuch zaczęły sklejać mi oczy. Szczypię się po twarzy, klepię po policzkach, na nic to! Otwieram oczy dopiero kiedy od krawężnika dzieli mnie zaledwie kilkadziesiąt centymetrów. Od razu podejmuję decyzję o postoju. To są te miłe zbiegi okoliczności, ponieważ trafiamy na postój przy jeziorze. Obok jest budynek z restauracją, gdzie pomimo obecności obsługi drzwi są zamknięte, a na drzwiach widnieje informacja, że tego dnia nie zamierzają otwierać. Nici z kawy! Chwilę się jeszcze dobijamy, ale obsługa woli surfować po Internecie. Za to my stajemy na brzegu jeziora i delektujemy się kolejnym miłym darem od losu.

Finalnie przed polskim południem dojeżdżamy na miejsce. Jesteśmy w Wilnie.

W tym pierwszym wpisie nie ma zdjęć głównych atrakcji miasta, nie ma pocztówek. Pierwsze moje wrażenie jest bowiem zgoła odmienne. To miasto jest zbyt skontrastowane aby skupiać się na tym co może interesować zorganizowaną wycieczkę. W historię Wilna też nie chciałbym wchodzić, jest ona omówiona na tyle dobrze, że nie ma sensu dziś, po pierwszym dniu pobytu o niej pisać.

Kontrasty. Miasto, gdzie piękny budynek potrafi być otoczony totalną ruiną. Z jednej strony pasuje tu porównanie do markowych ciuchów, które leżą na niemytym od miesiąca ciele ich właściciela. Ale to porównanie jest krzywdzące, bo Wilno wzbudza ogromną sympatię, a te ruiny podkreślają tylko powagę miejsca, powagę historii, porównanie zaś wywołuje jedynie negatywne skojarzenia. Przypomniała mi się moja pierwsza wizyta we Lwowie, która miała miejsce pewnie z 10 lat temu. Tam ruin było jeszcze więcej i wtedy narodziła się moja miłość do tego miasta, którą spokojnie można nazwać tą od pierwszego wejrzenia.

Wchodzimy na starówkę, momentami przepiękną, częściowo kiczowatą. Zagłębiamy się w pierwsze starówkowe uliczki, nasz zachwyt rośnie. Jest czysto, romantycznie, wszystko pasuje. Klimat naprawdę starego miasta z bogatą historią.  Jest tu wiele piękna, wiele znaków dawnej świetności, wiele uchwytów po których można dostać się na dachy niezwykłych losów wielkich ludzi. To naprawdę wspaniałe! Ale starówka jest ogromna i w wielu miejscach słowo starość nabiera bardziej pejoratywnego znaczenia, starość jest bardzo realna, zmienia budynki w starocia. Odpada tynk, wiele budynków jest opuszczonych, rozpadających się cegła po cegle, gdzieś zostają szkielety kamienic, gdzieś indziej makiety z wieloma otworami, przez które wpada wiatr, stając się ich mieszkańcem. Piękne w tym wszystkim jest to, że na ich tle widzimy wielkie, zadbane zabytki miasta, które są główną, turystyczną wizytówką miasta.

Pamiętam taką jedną scenę, znaleźliśmy się w otoczeniu pięknych, kolorowych kamienic stolicy Litwy, a po środku, za ogrodzeniem stoi jeden ceglany mur, który przypomina o sąsiadce tych pięknych budynków. Jeden mur! Nic więcej, oprócz tego trochę gruzu i trawnik. Takich miejsc jest wiele i wtedy przypomina mi się nasz wspólny sowiecki rodowód ostatniego wieku, zaniedbanie ponad wszystko proszę Pana!

Tak jak we Lwowie, tak i tutaj osobiście nie chciałbym aby ten status uległ zmianie – uzachodnieniu, nie chciałbym aby wszystko było lukrowane, czyste, pedantycznie zadbane, bo to do Wschodu nie pasuje. Moja ostatnia wizyta we Lwowie, tuż przed Euro wywołała wiele smutku – że rynek i starówka zostały tak wyczyszczone z brudu, odmalowane i stały się kolejnym miejscem do odhaczenia przez turystycznych purystów. To była tęsknota za prawdziwym Lwowem, który poznałem kilka lat wcześniej, to był smutek wywołany zaskoczeniem, że tak szybko tak wiele może się zmienić.

Wiem, że jest w tym wiele egoizmu, że dla większości ta czystość, a także uzyskanie pełniejszego blasku miasta jest wydarzeniem pozytywnym, dla mieszkańców zaś pewnie staje się dumą, a nie powodem do wstydu, ale ja na zawsze będę pamiętał i wspominał te miejsca sprzed remontu. Wydają mi się wtedy o wiele prawdziwsze, bez hipokryzji, bo przecież i budynki, i ludzie tu i tam mieszkający mieli swoje niełatwe historie. I trochę szkoda, że przykrywając je szpachlą nowego tynku coraz mniej zdajemy sobie z tego sprawę.

Ach te kontrasty! Popatrzyłem na starówkę i nagle na jednej z kamienic widzę logotyp Ernst&Young, firmy której nigdy bym nie skojarzył z taką miejscówką. E&Y zawsze mi się kojarzył z chłodnym biurowcem pasującym do tej firmy. A tu nagle zaskoczenie, bo osiedlili się w miejscu pasującym do artystów, nie zaś wyrachowanej kapitalistycznej firmy. Ale pamiętajmy,  Wilno, jak i cały Wschód muszą się wyróżniać, tym, że nie wszystko musi być w pełni logiczne. Kolejny przykład. Gdzieś, trochę na uboczu, znaleźliśmy piękny kilkusetletni gmach, który dziś stał się hybrydą – ozdobiony (tudzież oszpecony) metalowym elementem umieszczonym w centralnym miejscu budynku, mający zamiast okien streetartowe prace, stoi sobie ot tak, pewnie za zgodą konserwatora zabytków ze zmienionym wyglądem.

Na dziś to tyle. Pozdrawiam Was!

 

ZajazdDrogaAg i JaśAg i JaśMapyWilnoUliczkaWilnoWilnoWilnoWilnoAgWilnoWilnoWilnoWilnoParkPanieWilnoWilnoWilnoWilnoWilno