Schody

Kiedy niosą cię schody ku granicy miejsca, kiedy wchodzisz w tunel przesiadkowy albo wjeżdżasz jedną z dróg i czujesz jak pęka błona kraju, miasta, okolicy, wtedy uchyla się zasłona, pękają niewidzialne mury tajemnicy i odkrywasz kolejny skrawek mapy. Punkt z atlasu przestaje być tylko punktem mapy, zaczyna mieć budynki, ludzi i zapachy. Część może zastąpić ci Google Street View, ale to nie to samo, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Szare zdjęcie nie daje ci nic prócz orientacji. Więcej odnajdziesz na stronicach pisarzy, podróżników, dadzą ci namiastkę, choć namiastkę już w jakiś sposób usytuowaną. Lecz prawdziwym odkryciem jest dopiero to odbyte za pomocą własnych nóg, oczu, nosa, rąk.

Wojciech Nowicki napisał, że trzeba wróżyć z tych pierwszych widoków, z tego co na początku zobaczone. Jego książka zadziałała tak silnie, że sam zacząłem grzebać w szufladach pamięci i odkrywać na nowo miasta i kraje. Co zapamiętałem po miesiącach, latach od pobytu tamże? Jaki jest ten mój pierwszy obraz odwiedzonego miejsca? Zadziwiające..

Filipiny

Nie wiem, który to był już dzień podróży. Jeden z pierwszych czy już po tygodniu, dwóch? Wydaję mi się, że było to gdzieś po Szanghaju i Hongkongu. Wysiadamy z samolotu, nie ma żadnych autobusów, rękawów jest za to rozgrzana płyta lotniska. Stąpasz po niej jak po patelni, pewnie gdybyś zastygł w miejscu to z czasem wtopiłbyś się w asfalt, a twoja skóra przypiekałaby się na słońcu. Nie pamiętam powietrza lecz gęstą zupę, która z trudem odrywała się od ziemi, wdychałem ją, bo nic innego się nie unosiło. Ten wilgotny, duszny gaz z dodatkiem tlenu, zupa prosto z garnka, może nie wrzątek, lecz taka w sam raz do spożycia.

Po załatwieniu formalności zaczęliśmy szukać transportu. Przed nami było jeszcze kilka godzin podróży do raju, do miejsca które widzieliśmy na zdjęciach w Googlu i które rysowało się bajecznie. Wybraliśmy taksówkę, aż do końca wyspy, później coś złapiemy, jakąś łódź, cokolwiek. Przed nami 2-3 godziny taksówką i choć z perspektywy czasu wiem, że lepszy byłby autobus bo tańszy i o losie, szybszy to wtedy bez tej wiedzy taxi wydawało się opcją dobrą, ekspresową i patrząc na stan portfela nadal tanią. Wsiadamy do samochodu, ustalamy cenę, odjeżdżamy.

Do dziś pamiętam skrzyżowanie w Cebu City, na środku niczego, gdzie dookoła świateł panował nieład, który do tej pory znałem tylko z dokumentów o slumsach. Wszędzie bez żadnego porządku stały blaszane lub blaszano-drewniane zamieszkane rudery, unosił się kurz, dominowała szarość, rdza, zanieczyszczona ziemia. I w tej scenerii stojąc na bardzo długich czerwonych światłach zapamiętałem tę niezwykłą sytuację. Do naszego auta podbiegło 3-4 chłopaków, na oko pewnie siedmio, ośmiolatków i zaczęli śpiewać jakiś amerykański szlagier. Nie dość, że śpiewać to dodatkowo tańczyć. Bo ich repertuar obejmował również synchroniczny taniec. Śpiew wychodził nieźle, melodia była utrzymana, podobnie synchronizacja. Zostaliśmy całkowicie zaskoczeni, oszołomieni. Nie dość, że podróżą (do dziś mam z niej dobrą anegdotę), to jeszcze tym nowym krajem, a na deser jeszcze oni. Nie mieliśmy lokalnych pieniędzy, a dolarów nie rozdaję, szczególnie, że najmniejszy banknot to była dwudziestka. Daliśmy im gumy do żucia. A oni czuli się uradowani.

To musiał być znak, pierwszy z wielu. Na pewno widok tych slumsów to było ostrzeżenie, że z każdego miejsca można zrobić śmietnik. Ci biedni chłopcy, którym za śpiew i taniec radość sprawiła zwykła guma do żucia to był znak, znak pokory. Gdy wiele godzin i przygód dalej znaleźliśmy się na wyspie, na jednym ziemskich rajów to nadal w głowie pozostawał mi obrazek z Cebu. Tkwi tam nadal, tak samo jak osób, które poznaliśmy później na wyspie – wiecznie uśmiechniętych, mówiących melodyjnym angielskim. Osób, które wyśpiewywały zdania, bo inaczej tego się nie da określić. Osób, które obdarzyły nas uczuciem, sympatią, z którymi spędziliśmy ich urodziny. Wiele słów można o tym napisać, wiele, lecz napiszę tylko jeszcze jedno: Wojciechu Nowicki, gdybym wróżył z pierwszych widoków to bym uciekł stamtąd jak najdalej!

Rumunia

Ten motyw dziecka do mnie powraca, w każdym z tych biednych krajów. Choćby w Rumunii, gdzie tuż po przekroczeniu granicy zatrzymaliśmy się aby zakupić winietę. Ag została w samochodzie, ja zaś wyszedłem na stację benzynową. Wracam i widzę, że przy samochodzie stoi mały romski chłopak i żebrze o kilka groszy. Choć może lepiej byłoby przedstawić to z perspektywy mojej żony. Siedziała w aucie, w tej letniej ciepłocie, przy zgaszonym aucie i otwartym oknie. Studiowała przewodnik, bo to była nasza pierwsza wizyta w tym kraju, kartkowała strony szukając pewnie jakiejś knajpy lub planując dzień. I nagle ktoś ją chwyta za ramię i ciągnie do siebie. Jestem sobie w stanie wyobrazić to zamyślenie i nagły strach, a z drugiej strony uśmiech chłopca. Bo w tych spotkaniach zawsze najpierw jest uśmiech dziecka.

To był początek z dwóch i pół tysiąca kilometrów drogi, jedyny raz gdy zaczepiło nas dziecko. Później byli dorośli, sympatyczni i pomocni, bezinteresowni. Ach Rumunio! rozbudziłaś mi wtedy apetyt na podróżowanie, na bycie w trasie jak najdłużej i dzielenie się tym później z ludźmi. A trzeba o tym wspomnieć, to był pierwszy wypad szczegółowo opisany na blogu.

Ukraina

Zostając przy dzieciach, przypominam sobie sylwester we Lwowie. Panował mróz, królował nad Prospektem Swobody, wchodził pod ubranie, nie omijał nikogo, spoufalał się z każdym, tulił się do policzków i rąk. A my byliśmy tacy niezorganizowani, bez planu, nie wiedzieliśmy, gdzie los nas rzuci, gdzie dokładnie spędzimy tę noc. Odbijaliśmy się od drzwi kolejnych restauracji, wszędzie komplet. W końcu znaleźliśmy miejsce, miejsce dość specyficzne na spędzenie sylwestra – Lodziarnia Pingwin, lodów bynajmniej nikt tam nie spożywał.

Każdy stół to grupy osób spożywające kolejne kieliszki wódki. W taką noc trzeba się rozgrzać, inaczej się nie da. Idziemy do barowej lady, prosimy o pół litra, a może o więcej, tak czy siak o butelkę wódki. Pani nam tłumaczy, że sprzedają tylko na kolejki, taka polityka. My argumentujemy, że to nie ma najmniejszego sensu, że co chwilę musielibyśmy podchodzić, a tak weźmiemy butelkę i to ograniczy wizyty przy barze. Nie da rady – odpowiada – ale możecie pójść do spożywczego obok i kupić butelki, i wrócić tu, siąść przy stoliku i wypić. Tylko na Ukrainie takie sytuacje mogą mieć miejsce! Oczywiście tak zrobiliśmy. Pijemy więc, obserwujemy wnętrze lodziarni, przy barze milicjant wali kolejną pięćdziesiątkę, choć na służbie jest. My w swoim towarzystwie, w dobrych humorach. Napici, najedzeni. Wychodzimy na papierosa na zewnątrz. Patrzymy na saturator i śmiejemy się mając gdzieś głęboko w pamięci, że u nas też takie były. Stwierdziliśmy, że dziś jest dzień aby przypomnieć sobie smak płynu z saturatora. Podchodzimy, szukamy instrukcji, gdzie wrzucić hrywny. Podbiegają do nas dwaj chłopcy, na oko dziesięcioletni i tłumaczą, że jest sposób by zachować pieniądze i się napić. Od razu pokazują na czym polega, trzeba umiejętnie uderzyć w bok maszyny, wtedy dla niej to będzie znak, że moneta poszła i naleje nam do szklanki napój. Jeszcze im dziękujemy, kiedy podchodzi do nas wspominany już policjant i każe się odsunąć. Nie rozumiemy o co chodzi, lecz po chwili już widzimy jak uderza otwartą pięścią jednego z chłopaków, ten upada, dla milicjanta to znak by rozpocząć kopanie biednego chłopca. Nie możemy nic zrobić, bo na Ukrainie milicjant to ciągle wielka władza. W kolejnych wyprawach mieliśmy różne z nimi przygody, a już wtedy podświadomie czuliśmy, że nie można nam się wtrącać. Niesprawiedliwością byłoby tak to zostawić, bo staraliśmy się krzykiem, rozmową uratować parę chłopaków, lecz milicjant był głuchy na nasze sugestię, skomentował to krótko, że kraju nie można okradać. A słowa te w jego ustach to czysty, ukraiński paradoks..

Zobacz drugą część:

http://bezzadecia.pl/wrozenie-z-widokow-cz-2/

Filipiny
Rumunia

Saturator