Siedzę sobie. Widok niczego sobie jak padło kiedyś w wierszu jednego z kolegów, tylko wtedy tyczyło się to kobiety, a dokładniej piersi. Siedzę sobie, Jaś obok śpi, wiosenne słońce. Och! Słońce, którego tak bardzo było mi brak! Oświetla przestrzeń, prześwity promieni rozkładają się tak idealnie, że nie wyobraziłbym sobie tego lepiej. I widzę to, wszystko stapia się w całość. Stare, dobre mury. Starodrzewie i cegła. Obdrapany stary, dobry świat.

 

Namalowałbym taki obraz, użyłbym pasteli i uśmiechnął się do kolegów impresjonistów. Gdyby tylko jeszcze żyli. Gdyby. Jako narzędzi użyłbym wielu nazw własnych – ulic, miejsc, skwerów, placów, ludzi. Powstałaby budowla pełna znaczeń. Taka konstrukcja, solidna, ledwie powojenna. Na koniec pewnie przegadałbym, aby całość była moja.

 

Warszawo, oddycham tobą, dzień w dzień. Przemierzam boczne arterie, unikam Cię Warszawo Centralna, główna, mainstreamowa, styrana biegiem. Czerpię z Ciebie, z twojej poetyki, która tak cholernie piękna potrafi być. Warszawo Boczna, Warszawo mniej znana, zanurzony w Tobie po łokcie płynę.