W labiryncie Toledo

Nooteboom

Udowodnić się tego nie da, lecz wierzę, że tak jest: w niektórych miejscach na świecie nasze przybycie i wyjazd zostają w tajemniczy sposób spotęgowane przez emocje tych wszystkich, którzy wcześniej z tych miejsc wyjechali lub do nich przybyli.

(wszystkie fragmenty o tytule Nooteboom pochodzą z książki: Cees Nooteboom „drogi do Santiago”)

 

Z notatnika

Toledo. Upał. Turyści. Nie wiem co gorsze upał czy wszechobecni Amerykanie. Toledo i miasta wąskie uliczki, w których iście saharyjskie powietrze. Wiatr jakby zapomniał o swej roli, jakby zapomniał, że powinien wiać. I my z ta suchością w ustach, pomimo, że zwilżamy je wodą to sucho nadal, oblizuje usta – sól z ciała, sól ze mnie. Toledo i to Toledo średniowiecze zapijane piwem, winem, wodą, colą, czymkolwiek. To 38 stopni uderza tak mocno, że ciężko jest skupić się i dalej brnąć w to miasto, gdzie na każdym kroku El Greco, ale przez ten upał żaden malarz nam nie w głowie. Myślimy tylko jak przejść z cienia w cień, czym zaspokoić pragnienie ciała, o duszy jakbyśmy zapomnieli. Leżymy więc pod pomnikiem, pod drzewem, w cieniu. Brodaty pan z pomnika stracił nos i rękę, w upale kruszeje i rozpada się, jakby powoli chciał przenieść się w chłód choćby pobliskiej katedry. Leżymy na kamiennej ławie sprzed iluś tam lat, leżymy jakbyśmy byli nie w wielkim wspaniałym Toledo lecz na anonimowej hiszpańskiej prowincji. Upał nieznośny, suchość ogromna, lenistwo zwycięża. Co dalej? Czy dać się pokonać pogodzie? Czy też zignorować parzenie stóp i wstać, i dalej zwiedzać?

Wstęp

Wpadliśmy tylko na chwilę, przelotnie zobaczyć, spróbować smaku, złapać kilka wdechów tego powietrza, musnąć wzrokiem po gotyku, po przeszłości, po kościołach, synagogach, po obrazach El Greco i szybko z powrotem uciec do stolicy, Madrytu, którą po prawdzie też w przelocie dopiero poznajemy. Nie było czasu wynająć auta i zjechać La Manchę, pozajeżdżać do anonimowych miasteczek, poczuć kurz okiennic, posiedzieć na zagubionych ryneczkach i patrzeć na lokalne Plaza Mayor. Nie tym razem. Na dzisiaj, na tu i teraz plan był inny – poczuć choć na chwilę żar hiszpańskich murów, przygotować się na wycieczkę w przeszłość w przyszłości. Podelektować się chwilę tym zapachem i smakiem historii. 3 dni w Hiszpanii, 2 w Madrycie, 1 w Toledo.

To była nasza trzecia wizyta w Hiszpanii. Zaczęliśmy po raz pierwszy 6 lat temu, od Andaluzji, od ponoć najstarszego miasta Europy, od Kadyksu. Później była Walencja i okolice, ten klimat rzymsko-arabski. Tym razem trafiliśmy jeszcze bardziej na północ, do stolicy Madrytu i do jej poprzedniczki, Toledo.

Chodziliśmy ulicami, zaglądaliśmy do budynków, spędzaliśmy czas w tapas barach. Wszędzie towarzyszył nam Nooteboom, który rozgościł się w mojej pamięci i nie pozwalał o sobie zapomnieć. Ten właśnie Nooteboom, momentami przynudzający, skrupulatnie oddający historię Hiszpanii, tę dworską, jak i małą zagubioną, siedział w głowie i co chwilę jakieś jego zdanie przechodziło ze strefy nieświadomej do świadomej i zdanie wypływało, rozbrzmiewało we mnie. Lecz nie tylko on przypominał o sobie, wybrzmiewał gdzieś echem, nachalnie był przywoływany przez lokalne sklepy. Był jeszcze Cervantes, który swojego bohatera umieścił na tutejszych polach i miasteczkach. Sam zresztą też tu żył.

Don Kichot

– (…) Oto patrz tam, przyjacielu Sanczo Pansa, gdzie ukazuje się trzydzieści lub i więcej potwornych olbrzymów, z którymi zamyślam stoczyć walkę i wszystkich życia pozbawić (…).

– Jakie olbrzymy? – zapytał Sanczo Pansa

– Te, które tam widzisz – odpowiedział pan jego – o długich ramionach; niektórzy zdają się mieć je długie na dwie mile.

– Zważcie jegomość – odparł Sanczo Pansa – że to, co tam się ukazuje, to nie żadne olbrzymy, ino wiatraki, a to, co się wydaje ramionami, to skrzydła, które obracane wiatrem, poruszają kamień młyński.

– Zaraz widać – odrzekł Don Kichot – że nie jesteś tego rodzaju przygód zwyczajny; to są olbrzymy. Jeśli się lękasz, precz stąd i klep pacierze, w czasie gdy ja wdam się z nimi w zaciekłą i nierówną walkę.

„Don Kichote” Miguel de Cervantes

Z notatnika c.d.

Na wjeździe wita cię Don Kichot. Drewniana, metrowa figurka, obok której stoi druga, mniejsza przedstawiająca jego wiernego towarzysza podróży. Pierwszy ogląd miejsca, w które wyrzucił nas autobus kursujący na trasie: dworzec kolejowy – Alcazar pozwala zaobserwować wielu Don Kichotów również mniejszych, przyglądających się Ci zza szyb witryn sklepowych. Druga obserwacja tyczy się pogody – żar z nieba atakuje na starcie, nie daje Ci miejsca na przyzwyczajenie, nie robi przejścia, od razu po wyjściu z autobusu szukasz cienia.

Nooteboom c.d.

Z tarasu mam królewski widok na występ jedynego aktora, wiejskiego policjanta, który z dołu pilnuje nas wszystkich. Słyszę plusk fontanny, głosy ptaków, bicie zegara na wiejskim kościele, co kwadrans dającego znać, że znowu przepadł kawałek czasu. Z różnych bocznych uliczek, jak w dziwnej sztuce, wciąż na nowo wyłania się inny starzec, któremu bardzo dużo czasu zajmuje przejście o lasce na druga stronę piaszczystego placu, na który kilka razy do roku wypuszcza się byki. Ktoś zamiata przed ratuszem, jaskółki latają nisko nad ziemią. Od czasu do czasu przebija się słońce, w piekarni (fabrica de pan) piękna pani Vidal udziela mi lekcji o nazwach ciastek i bułek, i właściwie chciałbym sobie dalej siedzieć na tym placu, w zamkniętym kole galerias, z torebką mantecados de anis. Ale to jeszcze nie La Mancha. W ciemnym, wyłożonym kafelkami barze „Meson de la Vireyna” wiszą zdjęcia tańczących dziewczynek w strojach kastylijskich i mężczyzn przepędzanych z areny wiejskiego rynku przez napawające strachem byki. Nas czeka spotkanie z innymi, o wiele straszniejszymi przeciwnikami Don Kichota – z wiatrakami.

Z notatnika c.d.

Siedząc tutaj i patrząc na Ag, myślę, że my z tej donkiszoterii sporo sami mamy. No bo obiektywnie kto normalny jedzie w 40 stopni z ciężarną i to ciężarną bardziej, bo to dwudziesty chyba jej ósmy tydzień? Do tego w miejsce pustynne, gdzie każda ulica jest albo pod górę albo w dół. Cały czas w tej podróży, zmieniają się tylko miasta, państwa, temperatury, języki, towarzystwo. Gdzie my tak gonimy i za czym? Co jest naszym wiatrakiem? Siedząc tu, na tarasie, zaraz nad przepaścią, w cieniu, takie mi myśli towarzyszą. Tym razem Jaś został w domu, tym razem tylko we dwójkę. Zaraz wrócimy, zaczniemy znowu swoje prace i konstrukcje kolejnych planów. Lecz skąd wziął się pomysł na życie w ciągłej podróży? Nie potrafię w tej chwili na to odpowiedzieć. Pewnie to temat na inny tekst, pisany na innym tarasie, nie na tym wzgórzu.

Taras. Leżakowanie. Z tarasu widok na cały hiszpański świat. Kamienie, kępki krzewów, skałki. Cały kastylijski świat przed nami, w barwach oliwkowych, od młodego owocu przez dojrzały, aż po ten podawany na talerzach, przyprawiony na pikantnie. Rozsiedliśmy się na tarasie szukając cienia i napojów, odpoczynku tak po prawdzie. Mieliśmy taką myśl by stamtąd obserwować cienie jakie rzuca zachodzące słońce. Taras jest na wzgórzu, zaraz za nim – przepaść, na jej dole tutejsza rzeka. Wokół ten krajobraz, jakieś zameczki, hacjendy i ta natura o której już wspominałem. Och, byliśmy zmęczeni. Ag rozrzuciła nogi na krzesło, brzuch w górze i robi to co ciężarna robić powinna już wcześniej, odpoczywa. I ja odpoczywam. to prawie 40 stopni robi wrażenie, ten upał, bez wody, na tej pustyni.

Plac zabaw

Zgubiliśmy się w tych wąskich uliczkach, odbiliśmy od znaków dla turystów. GPS na telefonie gubił sygnał, szliśmy więc przed siebie, mając niewielki wybór, który czasami ograniczał się do nitki wśród budynków bardziej w prawo lub bardziej w lewo. Pusto, czasami jakiś Hiszpan tylko znikał w drzwiach piaskowych lub rdzawych budynków. Cisza. Słychać tylko nasze ciężkie od słońca oddechy. W końcu doszliśmy po kres budynków i naszym oczom ukazał się mały plac zabaw, który kończył się zboczem wzgórza, a za nim już pustynny krajobraz okolicy. Zatrzymaliśmy się by odpocząć, by poczuć miejsce. Dziwnie wyglądała ta pustka, ta nasza samotność w turystycznym Toledo. Godzina druga, słońce paliło najmocniej. Miejscowi pewnie oddawali się sjeście. My niezmordowani penetrowaliśmy Toledo na chwilę przed największym świętem w roku, przed Bożym Ciałem. Trzymetrowa monstrancja była już pewnie gotowa, podobnie jak ulice miasta, przyozdobione we wzorzyste proporce, herby rodów, hafty atrybutów chrześcijaństwa. I w kontraście do tego ten pusty plac zabaw, a w tle pustka okolicy. Cisza. Złocisto-oliwkowe wzgórze, porozrzucane kamienie i skały, wplecione w wypaloną ziemię. Proszę Ag o wodę, wypijam kilka łyków ciepłej cieczy. Wszystko rozgrzane, tak samo butelka i jej zawartość. Krzywię się. Robię kilka zdjęć, siadam. Odpoczywamy.

Nooteboom c.d.

Hiszpania jest brutalna, anarchistyczna, egocentryczna, okrutna. Hiszpania jest gotowa za głupstwo założyć sobie stryczek na szyję. Jest chaotyczna, marzycielska: jest irracjonalna. Zdobyła świat i nie wiedziała co z tym począć; tkwi w swojej średniowiecznej, arabskiej, żydowskiej i chrześcijańskiej przeszłości, rozłożona wraz ze swymi upartymi miastami wśród niekończących się pustych przestrzeni jak kontynent, który jest złączony z Europą, a Europą nie jest. Ten, kto przemierzył tylko utarte szlaki, nie zna Hiszpanii. Kto nie spróbował zabłądzić w labiryntowym całokształcie jej historii, nie wie, po jakim kraju się porusza.

W labiryncie

(1)

Siadamy na schodach jednego z kościołów. Ag jest głodna, ja nie mam siły dalej iść. Siedzę i patrzę na tętno miasta. Mijają nas turyści z mapami, gubią się w tej pajęczynie Toledo, mieszkańcy siedzą w tapas barach, piją kawy, rozmawiają. Niedaleko, na prawo od nas są stoliki, przy których turyści siedzą przy winie, a miejscowy dorabia grając na gitarze. My ciągle na tych schodach w cieniu, obserwujemy to wszystko. Ag wertuje Trip Advisora i szuka miejsca, gdzie możemy zjeść. Nie jestem historykiem, ani architektem, nie studiowałem historii sztuki nie opiszę więc katedry. Jest duża i dużo się w niej dzieje, dużo dobrego. Łatwiej mi jest siedzieć na tych schodach i odczuwać. A czułem spokój i zmęczenie, lecz przede wszystkim radość, że wybraliśmy dzisiaj pociąg do Toledo i jesteśmy tutaj. Szkoda, że nie w Boże Ciało, ale to nie ucieknie, a my będziemy wracać, może się uda gdy po raz kolejny będziemy przemierzać hiszpański szlak. Pewnie następnym razem autem, kiedy będziemy się leniwie snuć po La Manchy i Kastylii, aż w końcu przekroczymy granicę i trafimy do Portugalii. Pewnie o tym napiszemy.

(2)

Później postój przy Hospital de Tavera, w miejscu poza granicami murów, gdzie czułem samotność, bycie sam na sam z murami. Szpital, a tak naprawdę dzisiaj muzeum z kościołem. Oprócz zwiedzania kościoła i podziwiania kilku obrazów El Greco, Tycjana jest jeszcze średniowieczny dziedziniec, wyglądający na klasztorny a nie szpitalny. Drzwi wokół zamknięte. Stanąłem na dziedzińcu. Cisza. Turystów niewielu, tylko nieliczni przemykają od drzwi wejściowych do drzwi kościelnych aby popatrzeć na te obrazy. Po kilku minutach na ogół wracają. Atrakcja zaliczona. Nie wiem tak naprawdę po co przychodzą, czy warto dla tych kilku obrazów ruszać się poza starówkę? Po co my tu jesteśmy? Czy zrozumiemy El Greco? Czy chcemy zrozumieć jego malarstwo oparte na motywach biblijnych? Stoję na dziedzińcu, wdycham dziedziniec, zaglądam w okna. Zamknięte wnętrza malują własny obraz, taki jaki chciałbym uchwycić na zdjęciu, a jeszcze nigdy mi się nie udało. A więc przez okiennice wpada popołudniowe słońce, promienie snują się po średniowiecznym wnętrzu. Pod ścianami stoją regały wypełnione starymi księgami i pismami, nawet przez okno czuć ich wiek. Wszystko pisane kilkaset lat temu. Dochodzę do ostatniego okna, a tam na środku stół, na stole roztwarta księga, napisana wiele lat temu i pada na nią światło. Puls mi przyspiesza, chciałbym tam wejść i dotknąć, a nawet jeśli nie dotknąć to chociaż z bliska popatrzeć na tę księgę. Drzwi się otwierają, do środka wchodzi przewodnik z grupką osób, chcemy się podłączyć, lecz nie potrafimy się dogadać, brak znajomości hiszpańskiego uniemożliwia to.

(3)

Z Hospital de Tavera sąsiaduje park, w parku tym znajduje się pomnik pana, z którego odpadła ręka i nos, opodal pomnika jest kamienna ławka, na której leżymy. Upał nieznośny, suchość ogromna, a w nas zagnieżdżone lenistwo. Co dalej? Czy dać się pokonać pogodzie? Czy też zignorować parzenie stóp i wstać i dalej zwiedzać?

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony bezzadecia.pl – Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz