Z nieba spada upał, klei się do ciał, aż ciężko oddychać. Węgrzy, bardziej przyzwyczajeni, bardziej obyci z tym lepkim powietrzem jakoś funkcjonują. Ja lepię się cały, co chwilę opadam na murku, patrzę. Kontroluję upał i ulicę. Marmurowe płytki pod butami tak rozgrzane, że czuję ciepło na stopach, parzy przy każdym kroku. Chwila dłużej na placu i stan gotowania przekroczy kolana, łydki wrzą. I ten hotel, gdzieś tam na końcu świata, na Kiszpeście, z okna widzę 2 stadiony i robotniczą okolicę. Przed hotelem grupka Niemców chłodzi upał piwem. Schodzę na espresso, później opuszczam hotel, płynę w tym gorącym powietrzu i marzę aby dobić do brzegu. Dunaj wrze, bulgocze, podskakują na nim łódki. Tak wygląda Budapeszt pod koniec lipca.