Budapeszt

Budzę się, za oknem lekka mgła snująca się nad taflą wody. Jest 23 października, dla mnie to kolejny dzień pracy, dla Węgrów zaś narodowe święto. Są dwa kraje w Europie, które lubują się w świętowaniu narodowych klęsk, z jednego z nich pochodzę, w drugim właśnie przebywam. Dzisiejsza data jest szczególna, gdyż w 1956 roku na fali sytuacji w Polsce wybuchło powstanie węgierskie, podobnie jak w polskiej historii powstań, węgierskie skończyło się porażką. Dziś zaś Węgrzy mogą powspominać i złożyć hołd ofiarom tych dni, tym samym zanurzają się jeszcze głębiej w swojej narodowej depresji.

Wchodzę do łazienki, włączam ulubiony kanał drugi. Muzyka klasyczna. Codziennie rano wprowadzała mnie w dobry stan. Dzisiaj grają marsze, zmieniam więc na chillout na stacji czwartej. Kiedy wychodzę z hotelu słońce mija już zenit i powoli zmierza w kierunku wzgórza. To dobry moment aby opuścić budynek i zasmakować budapesztańskiego powietrza. Przeciągam się, patrzę na wzgórza Budy, na słońce i uśmiecham się. Czekają już na mnie znajomi, w dniu dzisiejszym wybraliśmy wspólny spacer.

W Budapeszcie znajduje się najstarsze metro w Europie, wybudowane jeszcze w XIX wieku. Stare, krótkie wagony tego dnia wypełniają się szczelnie. Wsiadając na pierwszej stacji nie znałem jeszcze powodów tego wypełnienia. Wybierając za cel Plac Bohaterów nie zdawałem sobie sprawy, że będzie to miejsce spotkań węgierskich patriotów w ten dzień. To miało się okazać dopiero na miejscu. A więc wysiadamy, przed nami rozstawiona scena, przed nią mundurowa orkiestra rozpoczyna swój koncert. Wszędzie kamery, węgierskie flagi, współczesne oraz historyczne.

Pusto. Dość pusto. Ludzie mają dopiero nadejść. Miniemy ich za dwie godziny w innym miejscu. Na szlaku w kierunku placu. Póki co okrążamy miejsce schadzki i kierujemy się ku zamkowi Vajdahunyad. Jesień w Budapeszcie to pora szczególna, zielone aleje zmieniają się w wielobarwne tło impresjonistycznych pejsaży. Miasto potrafi uspokajać, uspokajająco powinno działać nawet na rozedrganą duszę Węgra, bo na polską działa. Odprężamy się, zapominamy, że jest środa, dzień pracujący dla nas. Czujemy klimat święta, atmosferę niedzielnej majówki. Przyglądamy się parkowemu trawnikowi, wszędzie porozkładane na kocach pary. Całują się, obejmują, część już roznegliżowana. Dla nas jest to dość zaskakujące, pochodzimy przecież z dość purytańskiego, polskiego społeczeństwa – jest z nami Chorwatka, dla niej jest to bardziej naturalne. Później słyszymy wytłumaczenie – wielu Węgrów mieszka z rodzicami, nie mają miejsc na schadzki, wykorzystują więc przestrzeń miejską.

I taki obrazek: pod jednym z drzew stoi rower, a przy nim stoi dobrze zbudowana, wysoka kobieta. Ma długie nogi, bardzo umięśnione uda, szeroki rozstaw ramion. Ubrana jest jak tancerka na sportowych zawodach. Niebiesko-biały strój zakończony krótką spódniczką, poniżej pończochy i podkolanówki. Zatrzymujemy się, wpatrujemy co robi. W ręku trzyma długi bicz, co najmniej kilkumetrowy, odwraca się. Twarz jest męska. Jest to więc mężczyzna, przy parkowej alei zbiera się kilkoro gapiów, on patrzy się na nich i nagle trzaska biczem. Dźwięk rozchodzi się szeroko, ptaki skrzecząc uciekają z drzew, wszystkie okoliczne psy również zaczynają biec jak najdalej od dźwięku, ich zaskoczeni właściciele wyruszają w pogoń rzucając się na wyrwane z rąk smycze.

Notatki zapisuje później, siedząc w knajpce dwa kilometry dalej. Popijam białe wino. Przed dwudziestoma minutami minął nas długi, smutny, kilkutysięczny pochód ludzi w różnym wieku, niosących w rękach trzy rodzaje węgierskich flag i wiele innych transparentów. Koleżanka z Chorwacji powiedziała: wygląda to jak pogrzeb. Nie pochodzi z Polski ani z Węgier, nie rozumie. Dzień wcześniej, siedząc wieczorem, kolega z Węgier starał mi się wytłumaczyć, że strajki, manifestacje to ich narodowe hobby. Zrozumiałem w kilka sekund.

Siedzimy więc, pijemy wino, śmiejemy się, dookoła jest przepięknie, dziewiętnastowieczne kamienice mienią się w promieniach zachodzącego słońca, my sami siedzimy zaś w jednym z restauracyjnych zagłębi, stoliki zewsząd są otoczone drzewami. Świat wygląda pięknie. Kilkadziesiąt metrów dalej ostatni Węgrzy z pochodu kierują się w kierunku Placu Bohaterów.

Ostatni już obraz. Mijają kolejne dwie godziny. Zapalam papierosa. Stoję przed hotelem i czekam na taksówkę, która zabierze mnie na lotnisko. Obok mnie walizka, torba na laptopa, na szyi aparat. Słońce już zaszło, za chwilę rozpalą się budapesztańskie latarnie oraz światła, zaczną świecić mosty. I wtedy widzę ich, grupa męsko-damska, najmłodszy ma z dziewiętnaście, najstarszy dobiega pięćdziesiątki. Ubrani na czarno, na nogach glany, krótko obcięte włosy, miny poważne, nadąsane. Dopalam papierosa, uśmiecham się w sobie, po widoku węgierskich bojówek mogę już spokojnie czekać na warszawski 11 listopada..

Zobacz pozostałe wpisy z Budapesztu:

http://bezzadecia.pl/budapesztanskie-samotnosci/

http://bezzadecia.pl/upal-w-miescie-budapeszcie/

http://bezzadecia.pl/budapeszt/

BudapesztBudapesztBudapesztBudapesztBudapesztBudapesztBudapesztBudapesztBudapesztBudapesztBudapesztBudapesztBudapeszt