Nieoczywistości Tallinna.

Siedzieliśmy nad morzem w trójkę, każde z nas w innym humorze. Między mną i Ag panowała cisza wywołana kłótnią na obiedzie. Sprzeczka zbierała swoje pokłosie. Takie to chwile przeżywaliśmy w miejscu gdzie kończy się Bałtyk a zaczyna Tallinn, Tallinn inny niż ten w centrum, nie średniowieczny a postradziecki. Jaś nie do końca zainteresowany nami rzucał kamieniami w taflę Bałtyku. Zajęty czystą radością, obserwowaniem jak kamyk zanurza się w wodzie. Panowała cisza przerywana tylko oznakami radości naszego syna. Siedzieliśmy w miejscu, od którego prawdopodobnie Estończyk nie chciałby aby ktokolwiek rozpoczynał tekst o Tallinnie. Brzeg morza pokryty betonowymi klocami, pozostałością po radzieckich czasach. Zaniedbany, popękany, opanowany przez zarastający socrealizm. Siadłem na jednym z bloków, który był lekko zanurzony w wodzie, w większości jednak górował nad nią swoim klocowatym, wielgachnym kształtem. Nie pasował tu, tak jak nie pasowała budowla na którą skierowałem swój wzrok. Kolejna pozostałość po Związku Radzieckim.

Patrzyłem to na budowlę, to na niebo, obserwowałem błękit, który wyrósł z chmur. Gdzieś w tle powoli zachodzące słońce rzucało promienie to na beton, to na falujące morze. Patrzyłem na Ag, a jak nie patrzyłem to o niej myślałem. Napięcie na jej twarzy tak kontrastowało ze słońcem, raczej pasowało w tej chwili do tego socrealizmu wokół niż do morza przed nami. Ja sam przeżywałem w sobie burzę, wiedziałem, że powinienem był na obiedzie zamilknąć, nie mówić pewnych słów, cieszyć się Tallinnem, cieszyć się chwilą. A chwila wyglądała tak: dookoła nas był brzeg usypany z dużych kamieni, obok betonowe molo i wyżłobiony kanał w ląd, który służył za miejscową marinę. Na molo stały dziesiątki wędkarzy, którzy łowili swój obiad. Łowili z tej mętnej wody ryby, raz po raz wyjmując na haczykach zdobycze. W większości były to czarne jak smoła niewielkie ryby. Miałem różne myśli, zastanawiałem się czy ta czerń pochodzi z wody, czy też te ryby z natury miały ten kolor. Wziąłem Jasia do wędkarzy, krzyczał co chwilę: ryba, tata, ryba!. Ryb był dostatek, tak samo wędkarzy. Większość rosyjskojęzyczna, nieliczni mówili po estońsku. Wszyscy łowili by zjeść swą zdobycz. Ciekawe czy lubią te smoliste ryby czy też muszą je lubić, bo muszą je jeść, bo są bez wyjścia. Wszyscy ubrani byle jak, jak wędkarze znad warszawskiej Wisły. Tylko ilość inna, tutaj gęstość wędkarza na metr kwadratowy wynosiła pewnie 1, może nawet więcej. I jeszcze na ich tle ta wielka betonowa budowla, która wszystko sobą przytłaczała. Wyrosła, bo musiała, bo olimpiada. To w ogóle ciekawe, że w Tallinnie odbywała się olimpiada, choć oficjalnie była to olimpiada w Moskwie, to część konkurencji odbywała się daleko od stolicy Rosji. W Tallinnie odbywały się regaty, stąd ta budowla, dzisiaj gęsto ozdobiona graffiti. Jej zastosowanie zmieniło się na przestrzeni lat, dziś Estończycy wykorzystują ją, gdy słońce odgania od siebie chmury. Estończycy siadają wtedy na jej szczycie, robią grille, piją alkohol, opalają się, patrzą w morze, wypatrują statków.

Tallinn nie do końca wygląda tak jak go opisałem powyżej, tak jak życie między mną i Ag jest harmonią a kłótnia to rzadkość, niemniej jedno i drugie zdarza się i jest częścią tego związku zwanego miastem lub zwanego małżeństwem (mimo wszystko wolę termin miłość). Pewnie Estończyk zacząłby historię o Tallinnie w innym miejscu. Może zacząłby od rozległej średniowiecznej starówki, w której czuć Hanzę, w której czuć ducha dawnych czasów, gdzie kolory mieszają się, gdzie panują pastele jak na warszawskim Mariensztacie. Może zacząłby od designu, na który miasto teraz stawia i to stawia z sukcesem, gdy wyrastają nowe budynki pasujące do klimatu dawnych czasów. Może postawiłby na związek z Zachodem albo Skandynawią. Raczej nie zacząłby od tych sowieckich pozostałości, choć dzisiaj Tallińczycy tak harmonijnie wykorzystują ten styl w knajpach i współczesnej architekturze.

Design a średniowiecze

Ten wyjazd zaczął się dla nas standardowo. Najpierw poszliśmy za przewodnikiem w okolice zamku, później zeszliśmy na dół, na rynek. Tak zapadł widny wieczór, och tak, bo to jeden z powodów, dla których tu przyjechaliśmy – białe noce. Słońce zachodziło w okolicach 23ciej. Wtedy odezwał się Jaś: tata, ja chcę noc, ja chcę spać – ale nie było nocy, był nadal dzień. I po tym pierwszym rekonesansie poszliśmy spać. Rano obudziły nas chmury i deszcz. Te same chmury były gdzieś w nas, nie pasował nam Tallinn, chcieliśmy stąd wyjechać. Nie spodobało nam się to co zobaczyliśmy. Bo ile to już widzieliśmy średniowiecznych starówek w życiu? Jeżeli miasto ma tylko to do zaoferowania no to trochę szkoda czasu na te karczmy, kelnerów przebranych za ludzi z hanzeatyckiej epoki. Widzieliśmy już to, znudziło nam się takie podróżowanie.

Nie wiem jak to wyszło, domyślam się, że wybrał za nas żołądek, że wybrała aplikacja: like a local (mocno ją polecamy na wyjazdy!). Koniec końców opuściliśmy mieszkanie, opuściliśmy również starówkę i wybraliśmy się przez port na wędrówkę, której kresem miał być obiad w polecanym przez localsów miejscu. Dotarliśmy do miejsca zwanego kilometrem kultury i tu właśnie zaszła przemiana naszych odczuć w stosunku do Tallinna. Nagle zobaczyliśmy, że Tallinn to nie tylko skansen Hanzy, to również współczesność, która rozsiadła się na osiągnięciach Związku Radzieckiego, które to osiągnięcia zaczęła wplatać we współczesną kulturę. Rozpad i przekształcanie, wykorzystywanie opuszczonych fabryk pod knajpy i pracownie, tworzenie loftów, dorabianie ramion i przerabianie ich na sztukę. To tutaj to odkryliśmy. Później już na obiedzie, w miejscu iście z Berlina, zaczęliśmy grzebać dalej, odkryliśmy D-Kaart, mapę talińskiego designu rozrzuconego po mieście. Zaczęliśmy czytać like a local i zobaczyliśmy inny Tallinn, ten którego opuszczać już nie chcieliśmy, wręcz odwrotnie, chcieliśmy go zgłębiać i poznawać.

Mały Berlin

Przenieśmy się na stronę przeciwną niż morze, za drugi koniec starówki. Biegną tu tory. Niedawno spadł deszcz. Cali jesteśmy mokrzy, wybraliśmy się aby znaleźć hipisowską okolicę. Nie udało się, wygrał deszcz, my musieliśmy przyznać się do porażki. Ja, cały mokry, w moje ramiona wszczepiony śpiący Jaś, również mokry. Niosę go już od pół godziny, od drzewa pod drzewo, od daszka po kolejny dach. W końcu poddajemy się, zamawiamy taksówkę i do najbliższej dobrej knajpy (okazała się naprawdę dobra). Po jedzeniu, gdy syn się obudził, a my posililiśmy ruszyliśmy w dalszy spacer. A więc są tory, za torami widać opuszczone magazyny. Mapa na telefonie informuje, że to właśnie tam jest skupisko ciekawych miejsc. Idziemy więc przez te tory, omijamy kałuże, docieramy wreszcie pod bramę, mijamy ją, a w środku między hangarami wyrastają kolorowe krzesła i stoliki. W okolicy dużo sklepów sprzedających wszystko co może mieć w sobie znaczek „D”: ubrania, akcesoria do domu, gadżety dla dzieci, meble. Myślimy sobie, mały Berlin, i coś w tym jest.

Mapa miasta

Siedzę sobie wieczorem i rysuję w głowie mapę miasta. Mamy serce, średniowieczne na wskroś, o którym tyle tekstów powstało, które w całości zostało wpisane na listę UNESCO, dla którego tyle osób się tu zjawia. Chcą zobaczyć na własne oczy jak wyglądał kiedyś świat. Wchodzą do Olde Hansa, zasiadają za ławami oświetlonymi jedynie świecami, piją gęste piwo. Rozmyślają o interesach, które przy tych ławach odbywały się 600 lat temu. Siedzą tam Ci współcześni kupcy i jak ich praprzodkowie piją tu piwo, zastanawiają się nad swoim losem, swoimi firmami, swoim miejscem w korporacji. Później wychodzą na spacer wąskimi uliczkami odtwarzają sobie opis, który podał „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” w 1888 roku: Rewel (tak dawniej nazywał się Tallinn) posiada wąskie, nieregularne ulice, zabudowane przeważnie domami w stylu średniowiecznym, stare mury i bramy miejskie. Miasto składa się z dwóch części, górnej dawniejszej i dolnej nowszej. Dolne miasto jest siedzibą władz policyjnych, sądowych i kościelnych, oraz handlu i przemysłu, w górnej natomiast części przebywają wyższe władze państwowe administracyjne, prowyncjonalne i szlacheckie (rycerskie). Idą tamtędy i tworzą kronikę tamtych czasów.

Później jest granica murów, gdzie na zewnątrz znajduje się to co nowe, to co przyniósł Związek Radziecki i współczesność, która powstała po Związku. Mamy więc miks radzieckiego Wschodu i nowoczesnego Zachodu, nad którą czuwa skandynawska Północ. W okolicach murów jest jeszcze miks sowieckiego ze średniowiecznym. Można to odnaleźć w wielu knajpach na granicy Starego Miasta.

I jeszcze epilog. Ostatni dzień. Wyszliśmy poza mur, wszędzie upał, jeszcze dwa dni temu 12 stopni, dzisiaj 28. Ta pogoda jak to miasto, miesza się, nie może się zdecydować co pokazać, pokazuje więc wszystkie swe odcienie. Dochodzimy do Rottermann Quarter, perły nowoczesnej architektury miasta. Ag i Jaś zmęczeni siadają, ja chodzę z aparatem i chłonę to co widzę. Nie umiem opisać tych budynków, brakuję mi wiedzy na temat współczesnej architektury, ale to na co patrzę robi na mnie duże wrażenie. Pozostanie mi tylko pokazać zdjęcia, więcej nic nie mogę zrobić. Na koniec ląduję z kieliszkiem Rieslinga i przypominam sobie to co czytałem i zaczynam rozumieć, dlaczego było napisane, że Tallinn to Dolina Krzemowa Bałtyku. Patrzę przecież na jeden z tego dowodów.

Zobacz również:

Litwę

Łotwę

TallinnTallinnTallinnTallinnTallinnTallinnTallinnTallinnTallinnJaśTallinn ArtTallinnTallinnJaśTallinnTallinnTallinnAgTallinnTallinnTallinnTallinnTallinnTallinnTallinnTallinnTallinnTallinnTallinnTallinnAg i JaśTALLIN