Jesteś zmęczony. Jest wieczór, godzina siódma. Miasto świeci latarniami, witrynami sklepowymi, światłami aut. Wysiadasz z pociągu na Dworcu Centralnym, obolały, na wpół wyrwany ze snu na szybie pociągu, na granicy jaźni i rzeczywistości. Marzysz tylko o tym aby dotrzeć do domu, zobaczyć rodzinę i usiąść w kanapie, oprzeć o nią głowę i zamknąć oczy. I jeszcze ta plucha na granicy jesieni i zimy, okolice zera, opad w okolicy deszczu i śniegu. Ciężko stwierdzić czy to jeszcze krople czy już płatki śniegu. Wychodzisz więc z dworca i wsiadasz do pierwszej z brzegu taksówki, czarnego Chevroleta.

– Dzień dobry – podaję adres i gapię się w szybę, mówiąc, że poprowadzę, bo ulica, którą podałem nie istnieje. A raczej istnieje, ale tylko w systemie map, w rzeczywistości jest tam łąka.

Nie mam ochoty rozmawiać lecz rozmawiam. Rzadko w taksówce milczę. Najgorsze jest to, że na ogół szybko żałuję, że rozpocząłem rozmowę, bo poziom rozmówcy jest na poziomie „Faktu”, a nie mam ochoty wchodzić w dyskusje tego typu. Spojrzałem przelotnie kto prowadzi auto. Mężczyzna, w okolicach sześćdziesiątego roku życia, schludnie ubrany. W ogóle taksówka jak na MPT czysta i pachnąca. Zacząłem myśleć o tym Chevrolecie i zastanawiać się czy to prawdziwa skórzana tapicerka czy wyrób skóropodobny. Faceta sklasyfikowałem jako standardowego kierowcę tej sieci, faceta, który uwielbia ponarzekać na swoją korporację, pewnie na Polskę też. Niewiele o nim myślałem, tu działał automat.

Wymienialiśmy jakieś typowe zdania o pogodzie, o tej zimie, której tak naprawdę nie ma. I zeszło jakoś na długie weekendy. To był moment przełomowy, bo stwierdziłem, że wejdę w rozmowę. Poobnoszę się, pokażę jaki jestem zajebisty, pochwalę się, a co tam, niech ma, sam zaczął.

– Wie Pan, na koniec roku widać, po portfelu czy były długie weekendy. Później przez to wolne trzeba pracować. – powiedział kierowca

No tak, kolejny Janusz, który będzie mi narzekał.

– No cóż, ja lubię długie weekendy, wie Pan, każdy staram się wykorzystać. Dużo jeżdżę. Długie weekendy mi w tym pomagają. A w tym roku bieda.

– Tak, a gdzie Pan był?

taxi

Wymieniam mu kilka krajów.

– Ale preferuję Pan Europę czy inne kontynenty?

– Teraz jak mam dwójkę małych dzieci to głównie Europa, ale już nas znowu ciągnie gdzieś do Azji.

Zeszło na poznawanie kultur i w głowie zaczęła mi świecić kontrolka, że coś jest nie tak, że coś tu nie gra, że facet dość pewnie w tej rozmowie się czuje.

– Ja bardzo lubię klimat Tybetu, wie Pan, medytacja, w chmurach ziół, trawki, mnichów tamtejszych – zaczął mówić, a ja myślałem sobie, że z taksówkarzem buddystą w Polsce jeszcze nie jechałem – wie Pan, w ogóle Tybet, ta możliwość wyciszenia, to świetna sprawa. A Pana ulubione miejsce na świecie?

– Filipiny. – Zacząłem opowiadać o rajskich wyspach, niespotykanych nigdzie indziej zwierzętach, o ludziach z wysp, cudownych ludziach, których kocha się od razu, bo mają w sobie tyle dobra. W głowie zaś świeciły mi kontrolki, bo nie rozumiałem co się dzieje. Mój umysł automatycznie przyjął standardową scenkę z taksówki i ta, która się działa zupełnie do niej nie pasowała. Spytałem więc:

– Pan dużo jeździ? Bo tak słucham i przyznam, że mnie Pan zaskoczył.

– Tak – uśmiechnął się – podobnie jak Pan, każdy pieniądz, który zarobię przeznaczam na podróżowanie, razem z żoną jeździmy po lodowcach. Byliśmy chyba wszędzie już.

I tak nam się zaczęła przyjemna rozmowa. Na tyle przyjemna, że po dojechaniu pod blok, nie chciałem wysiadać. I wtedy padło coś po czym miałem łzy w oczach:

– Coś Panu powiem, zamknęliśmy w Polsce z żoną już prawie wszystko, z taksówką zaraz też kończę. Pakujemy się i wyruszamy w podróż dookoła świata, która będzie trwała do końca naszego życia, we dwójkę..

Szach mat Marku. Głupio mi było, że potraktowałem go na początku z góry. W tamtej chwili był moim idolem (więcej takich ludzi!). Wtedy dopiero zobaczyłem, że kiedy wsiadałem, odkładał czytaną książkę Beaty Pawlikowskiej. Na koniec uśmiechnął się, a ja mu życzyłem wielu cudownych i długich lat w podróży, odpowiedział tym samym.