Gołąb

To czysty paradoks, myślę sobie siedząc o siódmej rano w sobotę w samolocie na linii Gdańsk-Warszawa. Myśl ta powstaje po zderzeniu leżącej na mych kolanach książki Nicolasa Bouviera (Oswajanie świata) z moim tygodniem, który wciąż trwa. Tytułem wstępu dla niezorientowanych, autor, o którym wspominam jest jedną z legend podróżniczej literatury, jego książki charakteryzują się tym, że narrator często zostaje na dłużej w jednym miejscu, powoli badając meandry życia. A więc leży ta książka na moich kolanach i ja się nią zachwycam, ostatnimi czasy jej czytanie jest jedyną funkcją, którą mogę podciągnąć pod nieśpieszny tryb życia, jedynym momentem kiedy zwalniam i wchodzę w rytm powolnego pląsania po świecie. Kiedy ją odkładam to automatycznie przyspieszam, porywa mnie wir wydarzeń, zaczynam biec, tylko kątem oka obserwując zmieniający się dookoła świat.

Czwartek, wieczór, siedzimy u znajomych. Rozmowy płyną jeszcze nieśpiesznie, wraz z nimi wino, białe butelki z Włoch – Grillo, później Pinot Grigio. Humory dopisują. Ten sielski wieczór płynący pod znakiem włoskich smaków – salami, sery i wspominane już wino. Wszystko gra, wszystko jest według naszego życiowego planu. Radość z życia, cieszenie się każdą chwilą, czerpanie z niej jak najwięcej przyjemności. Nasz mały hedonizm, nasz mały komfortowy świat ma się bardzo dobrze.

O północy ląduje w mieszkaniu i już wiem, że rozpoczynam dziesięciodniowy maraton. Budzę się o piątej rano i pakuję walizkę. Wsiadam do taksówki, chwilę później odprawiam się już na samolot. W między czasie dostaję telefon (jadąc już taksówką), że samolot ma wylecieć 20 minut wcześniej. Więc ten bieg nabiera tempa, już tak wcześnie rano wystawiam swój organizm na próbę szybszego tętna, na pierwszy stres, który na miejscu okazuje się niepotrzebny, gdyż samolot odlatuje normalnie, a ja mam czas na poranną, przepłaconą i przesoloną jajecznicę.

Cały piątek to Trójmiasto. Krążę taksówką między Gdańskiem, Sopotem i Gdynią. Co kilka chwil zmieniam miasto, po to by po chwili wrócić. I tak to koło staje się mantrą dnia. Więcej czasu spędzam w taksówce niż na powietrzu, i cieszy mnie ten moment, całe 20 minut, które mogę spędzić na spacerze nad Bałtykiem. Dwadzieścia minut, które przerywa telefon – taksówka czeka, wracaj. Zaczynam sobie przypominać w głowie Holy Motors, bo ja również na przystankach odgrywam swoje kwestie, po czym ponownie wsiadam do auta, by w innym miejscu wystąpić w innej roli.

Z jednej strony męczy ta intensywność chwil i wrażeń, z drugiej moja pamięć została nabita wieloma wspomnieniami. I tak, zapamiętam tajine, które pałaszowałem w marokańskiej restauracji wdając się w rozmowę o irańskim kinie, tocząc dyskusję o kinie Farhadiego i Kiarostiamiego. Zachwycając się niespodzianką, która mnie spotkała, tym że rozmówcy nawet lepiej ode mnie się w sytuacji tego kina odnajdowali (przecież to prawdziwa rzadkość!). I podyskutowałbym dłużej, z przyjemnością nawet poddając się seansowi jednego z filmów, lecz znów kiedy rozmowa wkraczała na tory tak przeze mnie lubiane musiałem wyjechać. Choć później było równie ciekawie, gdyż traf chciał, że trafiłem na premierę nowego filmu Polańskiego. Polski reżyser zabrał mnie w ulubione rejony, gdzieś pomiędzy książki Topora i Kafki, gdzie człowiek z groteski trafia w wąskie szczeliny życia, gdzie świat zamyka się wokół niego, nie pozostawiając mu miejsca na oddech. I jeszcze krztusząc się ostatnią sceną, czekając na przemówienie reżysera słyszę ponownie – idziemy, taksówka czeka.

I później był ten wieczór, który spędziłem na jednym ze wzgórz Gdyni, skąd rozpościera się przepiękny widok na gdyński port i morze, gdzie na tarasie powietrze jest tak miękkie, że z chęcią wdychałbyś je przez całą noc, wdychałbyś i nawet nie otworzyłbyś oczu, bo zamknięte generują piękne obrazy. To miękkie, lekko wilgotne, a z drugiej strony orzeźwiające powietrze nastroiło mnie pozytywnie. Piłem drinki i się śmiałem, rzucaliśmy kamieniami wróżąc sobie życie nawzajem. Nie pamiętam co mi wypadło, lecz pamiętam atmosferę zabawy, śmiech dookoła mnie, atmosferę nadmorskich wakacji. Wolność.

O drugiej wyszedłem. Położyłem się spać. O siódmej ponownie czekała taksówka. Chwilę później czekał samolot. Wróciłem do Warszawy, gdzie miałem moment, aby się przebrać, wziąć prysznic. Trzy godziny później czekało na mnie auto. Wyjechałem ponownie, tym razem na ślub i wesele..

I kolejne rozmowy, muzyka, taniec. Szczególnie ucieszyła rozmowa o Szczecinie, jednym z ostatnich miast powyżej 100 tys. których nie miałem do tej pory okazji zobaczyć. A więc słuchałem, przerywałem tylko kolejnym toastem, po chwili znowu napełniałem i dalej słuchałem o czerwonej cegle, o mieście, o porównaniu z Poznaniem, o niemieckości i o jej braku, o ludziach z kresów, o historiach tych ludzi. Słuchałem nasiąkając tymi historiami, mając nadzieję, że jak najszybciej nadrobię tę zaległość i ciesząc się, że znalazłem przewodnika po tym miejscu.

Obudziłem się późno, w południe. Miałem dwie godziny na przyjście gości, na przyjazd syna. I wiem, że teraz mam chwilę wytchnienia bo druga część maratonu zaczyna się dopiero w czwartek, kiedy wylecę do Bolonii, a stamtąd udam się do Rzymu, by dzień później być już w Ełku. To przemierzanie kilometrów, poznawanie ludzi, miejsc, zapachów i smaków jednak nigdy mnie nie zmęczy. Z niecierpliwością czekam więc aż znów przemierzę kolejne setki kilometrów.

GdyniaGdyniaKamienieGdyniaGdyniaGdynia Film FestivalSmarzowskiKasia AdamikGdynia