Wisła

 

Czasami dobrze jest wyjść. Po prostu przejść się. To było niedługo po narodzinach Misi. Lekarze wiele mówili. Wiele i nie zawsze byli w tym spójni. Później okazało się, że Mała musi dłużej pozostać pod obserwacją. I nagle spada na Ciebie ta cała sytuacja i ten Twój życiowy optymizm jakby został przetrącony w swym fundamencie. Zapadasz się. A masz przecież jeszcze jedno dziecko pod swoją opieką. Tata gdzie jedziemy? Na wycieczkę, na spacer.

Zawsze mi się dobrze myślało nad Wisłą. Kiedyś napisałem tekst, który zarobił kilka groszy. Był właśnie o topieniu myśli w rzece. O miłości był, zresztą jak większość moich tekstów. Pojechaliśmy więc, aby przejść się, odpocząć od szpitala, od ludzi. Telefon wyłączyłem, teraźniejszość również, włączyłem zmysły. To piękne momenty, kiedy wrześniowe niebo pozbawione chmur przybiera kolor wieczoru. Kiedy niebo i ziemia wyciszają się. Przechodzimy przez most nad rzeką, przez most w sobie samym, między dzisiaj, a teraz, jedną z chwil, którą warto celebrować. Jaś szalał na rowerze, krzyczał, bawił, ja oddychałem i uśmiechałem się. Ta jego radość i ten ból gdzieś w środku, we mnie. To wypranie ze wszystkiego, pozbawienie chwilowe wiary. Och, tak było.

Spojrzałem przed siebie, przedzieraliśmy się przez chaszcze, wreszcie dotarliśmy nad brzeg. Słońce zachodziło. Pejzaż niewiarygodny. Iście malarski. Chwila chwil wszelkich warta.

Tata, ryby łowię! Dobrze Jaś..

Epilog.

To była jedyna smutna chwila pierwszego tygodnia z życia naszej córki. Całe szczęście był to tylko epizod jej wesołego życia. Następnego dnia lekarze mówili już jednym głosem. „To tylko chwilowe, wszystko idzie w dobrym kierunku”. Na szczęście.

Jaś łowił ryby, po czym zapadł się w muł, wracał jak wodnik szuwarek, polski szuwarek, cały w błocie wiślanym umorusany.

Jaś nad WisłąJaśJaśJaśWisła WarszawaJaśJaś i Wisła