Najpierw przy wyjeździe z Warszawy zaczęło padać, im dalej na północny-wschód tym większa ulewa. W pewnym momencie to już nie był deszcz, przebijaliśmy się przez ścianę wody. Krople stanowiły monolit. Prułem przez strumienie wody i myślałem, że świat znowu zbliżył się do literatury, że ten deszcz jest iście ze stronic Marqueza. Czy po raz kolejny dostałem znak? Patrzyłem na Ag, która próbowała zasnąć obok, było ciemno, wieczór, widoczność zerowa. A może aby wyjechać stąd, z cywilizacji, to zawsze trzeba przebyć jakieś oczyszczenie? Tak się wtedy czułem, takie myśli przechodziły mi przez głowę i kiedy rano obudziłem się już na miejscu, kiedy wyjrzałem przez okno to już wiedziałem, że faktycznie przeniosłem się do innego świata.

W Warszawie ten styk z całkowitym przetworzeniem jest wręcz namacalny, tam, w Sędkach, na północno-wschodnich rubieżach Polski prawie nie istnieje. Jedyne, z którym się napotkałem to tablica wjazdowa do sąsiedniej wsi, z nazwy Lega utworzono Legia. Poza tym znaleźliśmy się w świecie naturalnym, w miejscu gdzie wszelkie dobra czerpie się z natury, gdzie przyrządza się je w sposób niezmieniony od setek lat. A więc idziemy do lasu, zbieramy grzyby, tu jakby większe niż w mazowieckim, jakby same wyrastały i krzyczały: zerwij mnie. Choć fakt, że zrywaliśmy je w miejscu szczególnym, w ogrodzonym lesie brzozowym, do którego dostaliśmy się od strony jeziora, przecinając gęste krzaki, omijając brzegiem druty. To akurat jeden z głosów naszych czasów – grodzenie. Później siedzieliśmy na molo, patrząc na parę łabędzi, które rozsiadły się na sąsiednim pomoście. W końcu nabrały sił i popłynęły przed siebie. My wróciliśmy na altankę, przyglądaliśmy się gęsto posolonym pstrągom, które po chwili trafiły do pieca – wędzarni.

Wszędzie cisza, siedzimy na werandzie domku, patrzę na wzgórze za którym kryje się kraina jeziora, kraina tajemnic, które ożywiają nocą. Mamy jednak nadal popołudnie, słońce schodzi z zenitu i schyla się ku rzeczonemu wzgórzu. Cisza, bezchmurne niebo przybiera piękny błękit, zapalam papierosa, przytulam Ag, Jaś gdzieś biega z psem. Tak niewiele potrzeba aby odnaleźć raj, aby znaleźć się setki myśli od codziennych problemów, aby wyczyścić głowę i odnaleźć balans – słowo klucz poradników dzisiejszych czasów. Wiatr porusza gałęziami, w pobliskim stawie słychać plusk ryb, sennie jest i radośnie. Chwilo trwaj!

Nadchodził wieczór, jeden z tych szczególnych w kalendarzu – równonoc jesienna, obchodzona hucznie na tych terenach od setek lat. Na ogół świętowano wtedy zakończenie plonów, dziękowano tej nocy za obfite zbiory pogańskim bogom, później chrześcijańskiemu, jednak zawsze data ta miała boskie powiązania. Gdy zapadła ciemność na niebo wyszedł księżyc, tej nocy wielki, widoczny w pełni. Na stół wjechał kolejny lokalny produkt – księżycówka. A chwilę później rzeczone pstrągi, wędzone, jeszcze ciepłe, które nigdy przedtem nie smakowały tak dobrze jak tego wieczoru. Przyrządzone w prosty sposób, który jak się okazuje jest najsmaczniejszy.

Na temat lokalnych specjałów mógłbym napisać hymn pochwalny, bo jak się nie uśmiechać na samo wspomnienie choćby wędlin uwędzonych przez gospodarza. Tak smacznych nie jadłem od lat! Choć w Warszawie też kupujemy lokalne, wiejskie to jednak od tych z Mazur dzieli je przepaść, gdyby policzyć ją w kilometrach to byłaby to pewnie odległość pomiędzy oboma miejscowościami. A wędliny to tylko początek bo były wspominane już ryby, grzyby czy alkohol. Wszystko miało wyraźny smak, ten o którym powoli zapominamy, ten który wypierają koncerny. Najgorsze jest to, że ten prawdziwy, unikalny zanika, aby na nowo go odnaleźć czasem trzeba przenieść się wiele kilometrów dalej. Gdyby ktoś zastanawiał się czy warto, mogę odpowiedzieć tylko w jeden sposób – jak znasz adres to nie czekaj tylko jedź, poczuj i posmakuj, takie kulinarne wycieczki zawsze się zwracają.

Wyjeżdżając z Sędek postanowiliśmy kontynuować szlak dobrego jedzenia i pojechaliśmy za Mrągowo, do miejscowości Warpuny, gdzie znajduje się sławne już Ranczo Frontiera. Tam zaopatrzyliśmy się jedne z najlepszych w Polsce serów i tym samym przedłużyliśmy mazurskie wspomnienie minimum o kolejny miesiąc.

Najlepszym podsumowaniem wstępu będzie zakończenie. Warszawa przywitała nas korkiem przy wjeździe do miasta, poruszaliśmy się powoli, za oknem zapach spalin. Wrócił normalny świat, baśń została w swojej krainie, w Sędkach.

Sprawdź moje inne ulubione miejsca:

http://bezzadecia.pl/podlasie-krzyze-grabarki/

http://bezzadecia.pl/moje-tajemnicze-miejsce/

SędkiSędkiSędki

SędkiSędkiSędkiSędkiPstrągPiecSędkiSędkiSędkiAg i JaśAg i JaśPrzyczepySędkiSędkiSędki