Rugia, największa wyspa Niemiec, ponoć również najbardziej atrakcyjna. To tu skierował nas los. Czytaliśmy przed wyjazdem o bujnych lasach, wysokich klifach oraz długich, piaszczystych plażach. Skierował nas tu los, choć mogło być różnie, nie był to nasz pierwszy wybór. Chcieliśmy mieszkać bliżej Heide Parku, aby co chwilę się nie przemieszczać i nie robić setek kilometrów. Tam gdzie chcieliśmy, czyli do Timmendorfer Strand noclegów już nie było. Padło więc na Rugię, wiedzieliśmy, że może być chłodniej, z drugiej wiedzieliśmy, że będzie ciekawie.

Wielka to wyspa, na tyle wielka, że łatwo jest zapomnieć o tym, że wyspą jest, można zacząć traktować ją jak ląd. Jadąc wzdłuż brzegu, jeśli chcesz wrócić do punktu wyjścia musisz pokonać ponad pół tysiąca kilometrów czyli więcej niż od niemieckiej granicy do Warszawy. Jechałbyś więc dalej niż przez pół Polski. Wielka i popularna to wyspa, lubił tu wpadać Einstein, Tomasz Mann czy Bismarck, wypoczywali tu wielcy Niemcy, Hitler postanowił zbudować tu ośrodek wypoczynkowy dla, bagatela, dwadziestu tysięcy odpoczywających. Wcześniej nim pojawił się tu Hitler czy Einstein miejsce to było królestwem Świętowita, najdłużej czczonego słowiańskiego boga. To tu, na tej wyspie miał swą świątynię, w Arkonie.

IMG_2339

To wszystko pasuje. Wystarczy spojrzeć na te wielkie, strzeliste klify, na smagane wiatrem wybrzeże. Na tajemniczy, gęsty las, wyłożony mchem niczym dywanem. Jest w tym coś boskiego. Tak samo w białym piasku z plaży.

My przyjechaliśmy leżeć, leżeć i liczyć na ciepły dzień. Pierwszy przyniósł chłód. Ag, założyła bluzę, kurtkę, ja w krótkich spodenkach czułem, że nie pasuję. Jaś biegał. Jest to niezależne od pogody, tak samo jak uśmiech Misi. Dzieci mają jakoś łatwiej, nie zważają na humory bałtyckiej pogody. Wystarczy piasek albo patyk z lasu. Misi wystarczy Jaś.

Drugiego dnia nadeszło słońce i ciepłe powietrze. Mocne, opalające słońce. Wbiegliśmy z Jasiem w morze, w otchłań dziesięciu stopni. Czułem swoje piszczele jak nigdy wcześniej, chłód przenikał przez skórę, dostawał się do kości, otaczał ją. Wybiegaliśmy i wbiegaliśmy do morza wielokrotnie, obaj szczęśliwi. Później leżąc na kocu czułem jak parzą mnie stopy. Bo o to chodzi, o ten spokój, odpoczynek, po to tu przyjechaliśmy. Dzieci w piasku odnalazły się świetnie, my w słońcu również. Ag zawsze chciała abyśmy pojechali nad Bałtyk i po prostu położyli się na plaży. Kiedyś już byliśmy, na Litwie i Łotwie, ale nigdy w ten sposób, że rozkładaliśmy się na plaży i po prostu chłonęliśmy słońce. Tym razem tak było, po raz pierwszy od 9 lat, od kiedy się znamy. Wcześniej były inne morza, oceany, lecz opalanie nad Bałtykiem miało dopiero teraz ten pierwszy raz, pierwsze dwie godziny. Przy dzieciach taki moment spokoju wspólny jest wyjątkowy i rzadki. Jaś biegał po trasie: morze, plaża, koc, Misia cieszyła się z faktu poznania piasku, a my po prostu leżeliśmy. W końcu był moment spokoju, kiedy dzieci zainteresowały się otoczeniem na tyle, że my mogliśmy nic nie robić. Zaczęliśmy rozumieć, dlaczego ludzie jeżdżą z dziećmi nad morze. Ma to swój smaczek. Pytanie tylko czy dalibyśmy radę na dłużej niż takie dwa dni?

IMG_2148IMG_2171IMG_2155IMG_2182IMG_2265IMG_2211IMG_2277IMG_2269IMG_2225IMG_2230IMG_2327IMG_2207IMG_2197IMG_2386-2IMG_2353IMG_2365IMG_2351IMG_2209IMG_2338IMG_2393IMG_2375