Staś rzucił: a może skoczymy na zamek do Pszczyny? Nie to, że planowaliśmy, po prostu tak wyszło. Tak jakby ktoś pstryknął palcami, bo było nam wszystko jedno, gdyby Stasiek rzucił Bratysławę czy Wiedeń to nasza reakcja byłaby identyczna. Po prostu taki dzień, taka pogoda, która pozwalała aby każdy pomysł od razu przekładać na rzeczywistość. Stasiek rzucił nazwę Pszczyny, która jest zaledwie dwadzieścia parę kilometrów od Bielska, dotarliśmy więc tam dość szybko. Od razu czuć było, że to miasto w Polsce jest od niedawna, od razu przychodzi do głowy myśl i porównanie, że to salon wystawowy okolicy. Pozachodniość miasta unosi się w powietrzu. Harmonia rynku wraz z eleganckim zamkiem i małe, zadbane uliczki odstają od polskiego standardu, nawet komunizm za bardzo miasteczka nie dotknął.

Stoję na głównym rynku, dzisiaj znajduje się tu lodowisko, myślę sobie, że to pewnie jeden z ostatnich weekendów obecności lodowiska na miejscowym rynku, już dzisiaj jest to bardziej wspomnienie po zimie niż część składowa tej pory roku. Zaglądam za bandę, popękany lód ustępuje miejsca wodzie. W wodzie odbija się moja twarz, odbijają się promienie słoneczne i bezchmurne niebo, w tafli wody widzę także całe piękno pszczyńskiego rynku czyli zadbane, kolorowe kamienice. W Pszczynie panuje swoisty mikroklimat, z jednej strony czuć tu małomiasteczkowość, a z drugiej jakaś elegancja bije z tych kamienicznych murów, z fasady zamku. Czuć tu przedłużenie salonu na ulice, siadając na ławce czuję, że może powinienem być trochę lepiej dziś ubrany, aby bardziej pasować do otoczenia stworzonego rękami architektów i budowniczych.

Zatrzymałem się chwilę dłużej na rynku i w pewnym momencie dostrzegłem to co podskórnie od początku mnie zastanawiało. Co tu jest nie tak? Oczywiście początkowo całą winę, jak zawsze w Polsce, zrzuciłem na komunizm, ale w tym przypadku to nie komunizm musiał być winnym, bo dawny ustrój jakoś nie rzucał się w oczy. Oparłem się o mur i zacząłem wtapiać się w pszczyńskie centrum, zacząłem chłonąć dźwięki ulicy, odbijać miejskie światło. Zacząłem wreszcie dostrzegać, że chodzi o ten ubiór, o stroje mieszkańców, tak niepasujące do okolicy (ach, ta nasza polska szarość ubioru!). Patrząc na ulice automatycznie masz ochotę oglądać kobiety ubrane w suknie, a mężczyzn w sportowe marynarki, ma się ochotę widzieć kolorowe pary z parasolami chroniącymi od słońca, ma się ochotę oglądać film z początków dwudziestego wieku. To wrażenie rośnie jeszcze bardziej po wejściu na teren zamkowy. Kiedy stanąłem między zamkiem a parkiem od razu w głowie zaczęły przewijać się kadry z filmów, akcja dzieje się w Anglii, pod dwór podjeżdża konno kareta, z której wysiada księżna, wysiada opierając się o ramię młodego, przystojnego mężczyzny. To skojarzenie nie jest dalekie od rzeczywistości, od historii miejsca. Jeszcze 100 lat temu zamek należał do księżnej, należącej do starej, angielskiej rodziny. Wrócę jeszcze na chwilę do ubioru. Stałem na rynku i słuchałem ludzi, patrzyłem na nich. Jest pewien dysonans pomiędzy tymi murami, a ludźmi, jakby zostali przeszczepieni z innych miejsc, albo jakby okolica została przeszczepiona z innej epoki. Coś myślę, że tu się zmieni, że już niedługo po okolicy znowu będą chodzić piękni i pięknie odziani ludzie, że będzie to faktycznie salon wystawowy Bielska-Białej i Katowic.

Spacerowaliśmy po parku, chłonęliśmy ostatnie promienie słońca tego dnia, daliśmy się pochłonąć romantycznemu klimatowi otoczenia. Rozmawialiśmy, robiliśmy zdjęcia, śmialiśmy się i korzystaliśmy w pełni z sobotniej wolności. To zabawne, bo dociera do ciebie, że żyjesz cały tydzień po to by w weekend móc przeżywać podobne emocje. Ta wolność, wolność wyboru destynacji, sposobu spędzania czasu, to wejście do auta i możliwość pojechania gdziekolwiek, byle przed siebie, byle czuć to co czuliśmy właśnie w tej chwili. To wszystko czuliśmy w Pszczynie, to właśnie to miasteczko uruchomiło w nas po raz kolejny tęsknotę za podróżą. Och, jak dobrze, że wiosna w tym roku przyszła tak wcześnie!

W tym parku rozmawialiśmy już o kolejnej podróży, o Atenach. Opowiadaliśmy Staśkowi i Ani o naszym wypadzie, który będzie miał miejsce za kilka tygodni, i teraz z perspektywy tygodnia myślę, że właśnie ta stworzona wspólnie atmosfera spowodowała, że jeszcze tego samego dnia nasi gospodarze kupili bilety do stolicy Grecji. Podróż, spacery uliczkami, to zasysanie ducha miast, piękna natury i powietrza będzie miało więc przedłużenie w postaci kolejnej podróży..

Przenieśmy się na koniec do teraźniejszości – siedzę dzisiaj, tydzień później, w swoim mieszkaniu i wodzę palcem po wspomnieniach z pogranicza Śląska i Galicji. Była Bielsko-Biała i Pszczyna, a przecież dzień później chodziliśmy jeszcze ulicami Żywca, weszliśmy do wnętrza żywieckiego browaru, by później przenieść się nad brzeg jeziora żywieckiego. Myślę, że po tygodniu od pobytu można już pokusić się o pewne oceny, na pewno był to udany wyskok, warto jest okolicę jeszcze penetrować i dobrze jest tam mieszkać. Okolica zdecydowanie sprzyja aktywnej turystyce.

Przeczytaj poprzedni wpis.

PszczynaPszczynaPszczynaPszczynaPszczynaParkIMG_1189IMG_1194IMG_1196IMG_1204IMG_1178IMG_1210IMG_1176IMG_1214IMG_1171