Wyjechaliśmy za późno. To pierwsze (po zachwycie) o czym pomyślałem jadąc w kierunku przylądka. Pierwszeństwo daliśmy Górze Stołowej, dopiero stamtąd pojechaliśmy na Cape Point. W poprzednim wpisie opisałem drogę na przylądek. Opisałem ją po krótce, skupiłem się na zachwycie. Fakty były takie, że bardzo mi zależało na zobaczeniu przylądka, bo wiele o nim słyszałem. Zatrzymywaliśmy się co chwilę, bo widoki były oszałamiające. Później drogę zablokowały nam pawiany, baboony. Siedziały sobie na środku jezdni i jadły, patrzyły się na kierowców bezrefleksyjnie i robiły swoje. Stanisław zatrzymał auto, zaczął wraz z siostrą fotografować zwierzęta, ja zaś gotowałem się w sobie. Późno jest, zaraz zniknie światło, ominie nas piękno przylądka. Wszystko będzie na nic.

Na szczęście nie było. Dotarliśmy godzinę przed zachodem, słońce świeciło jeszcze na tyle by zobaczyć krajobraz, by zobaczyć jedno z miejsc gdzie Afryka się kończy i zaczyna się bezkres oceanów, aby zobaczyć miejsce, gdzie jeden ocean miesza się z drugim, gdzie prąd ciepły walczy z zimnym. Dotarliśmy w jedno z miejsc, o których marzyłem by zobaczyć na własne oczy, na południowy kraniec świata. W miejsce przez wiele lat nazywane Przylądkiem Burz, nazwą niczym z książek fantasy, kojarzącą mi się z prozą Martina.

Przylądek Dobrej Nadziei

Przylądek Wiatru

Wszystkie nazwy i ich wytłumaczenia nabierają sensu kiedy tam jesteś. Przylądek Burz, Sztormów, Dobrej Nadziei. Wszystko ma sens. Burz i sztormów jest wprost, Dobrej Nadziei wymaga dopowiedzenia, pochodzi z piętnastego wieku, przylądek leżał i leży na trasie na Daleki Wschód, jego pokonanie dawało nadzieję na dotarcie na miejsce, a związku z tutejszymi warunkami atmosferycznymi, nigdy nie było to proste. Przylądek to miejsce niebezpieczne, miejsce zdradliwe, to koniec Afryki i natura niechętnie pozwala na dotarcie tutaj. Pisząc, że wieje tam to jak nie napisać nic. Wiatr jest tam prawdziwym i potężnym władcą. Ciężko jest ustać pod jego naporem, jest silny i nieustępliwy. Nie przestaje wiać ani przez chwilę. Tak jakby natura nie chciała abyś dotarł na kraniec świata, na jego granicę. Jakby chciała byś miał możliwość obserwacji go tylko z daleka.

Przylądek Dobrej Nadziei

Dotarliśmy tam około szóstej. Na parkingu kilkanaście aut, większość ludzi pakowała się właśnie do nich i miała zamiar wracać do domu lub hotelowych pokoi. My wysiadaliśmy by popatrzyć na piękno natury. Już to wyjście było pod prąd. Nie ostatnie tego dnia. Wysiadłem z auta wściekły. Powiedziałem do Stanisława, idę robić zdjęcia, nie czekajcie na mnie. Poszedłem w przeciwną stronę do kolegi, przeszedłem nad płotem, ustawionym po to by go nie przekraczać i stanąłem na zboczu zielonego, skalistego wzgórza. Zatrzymałem się po to aby wsłuchać się w wiatr, poczuć atmosferę miejsca, aby stopić się z przyrodą i oddychać w jej tempie. Fale rozbijały się o brzeg, w tle ich szum oraz szum wiatru. Wiało nie jak w lato, lecz jak w chłodną zimę w górach. Wiatr ciągły. Błękit nieba zaczynał żółknąć, zbliżał się koniec dnia. Po wzgórzach chodziły antylopy, zebry. Wypatrywałem na wodzie fok, pingwinów, na próżno. Zrobiłem kilka zdjęć, wróciłem na drogę, na parking. Aut było już mniej, parking powoli opanowywały pawiany, które wkradały się na tarasy restauracji, gdzie szukały resztek jedzenia.

Przylądek Dobrej Nadziei

Trekking na Przylądek Dobrej Nadziei

Stanisław, Asia i Paweł stali przy drogowskazie. Kolejka na Cape Point była już zamknięta, drogowskaz koło nich pokazywał trasę na Przylądek Dobrej Nadziei, długość trasy jedna godzina i trzydzieści minut. Czyli tyle za ile zamykają rezerwat. Stanisław pyta się czy idę. Powiedziałem nadal na niego wściekły, że nie, że ja zostaję. Ruszył sam. Popatrzyliśmy z Asią i Pawłem po sobie. Co robimy? Pójdźmy, najwyżej w połowie zawrócimy.

Przylądek Dobrej Nadziei

Ta droga to piekło. Zimny wiatr smagał nas z każdej strony. Po kilkunastu minutach trekkingu zacząłem się zastanawiać czy moje i tak już słabe zatoki to wytrzymają. Szliśmy pod wiatr, każdy krok kosztował o wiele więcej niż zwykle, ale nikt nie chciał przerwać tego spaceru. Otoczenie wokół wynagradzało wszystko. To nawet dobrze, że wieje, to dobrze, że nie każdy się skusi by tu dotrzeć. Takie miejsca powinny być limitowane, powinny być dla wybranych.

To co potęgowało ten spacer to świadomość tego, że szliśmy tylko my, że byliśmy sam na sam z przyrodą, pomimo, że to Cape Point, że to Przylądek Dobrej Nadziei, to mogliśmy go zwiedzić i odczuć w samotności. Doświadczanie takich miejsc sam na sam ze sobą daje ogrom satysfakcji. Nie ma niepotrzebnych głosów człowieka, nie ma ścisku, możesz chłonąć świat wokół ciebie. Tu było co chłonąć. Świeża zieleń wzgórz, obserwujące nas antylopy, cisza i szum wiatru. Koniec świata, odludzie zupełne. Czysta przestrzeń po horyzont.

Przylądek Dobrej Nadziei

Po czterdziestu pięciu minutach trekkingu spotkaliśmy Stanisława, wracał już. Warto iść na koniec? Jest tak samo, nadal wieje. Poszliśmy jeszcze kawałek do przodu, po czym zawróciliśmy, słońce zaczynało się chować, nieuchronnie zbliżała się noc. Jeszcze tylko na chwilę skusiliśmy się aby zejść na plażę.

Przylądek Dobrej Nadziei

Niebiańska plaża i powrót

Ta plaża to przeniesienie się w scenerię filmową, przeniesienie na Niebiańską plażę z Di Caprio, zbiegliśmy po wydmach na sam dół, nad wodę, wiało tu trochę mniej. Zapanowała wśród nas jakaś totalna radość, szaleństwo szczęścia, zaczęliśmy skakać i krzyczeć, biegać po plaży. Byliśmy sami w raju. Katharsis. Stanisław wbiegł do wody, po chwili zawrócił również biegiem, za nim formowała się trzy lub czterometrowa fala. To było szczęście, czyste, szczere, prawdziwe. Biały, delikatny piasek pod nogami, ocean przed nami, chroniony z dwóch stron, dwoma klifami, które stały tam niczym kolumny. I my po środku, na tej plaży. Stasiek na koniec wyrysował na piasku wiadomość dla naszych żon: kochamy Was. Ja wiedziałem, że w tej chwili nie tylko je, ale całe nasze życie, dobrze jest móc kochać w pełni życie.

Przylądek Dobrej Nadziei

W końcu wróciliśmy na parking. Stały dwa auta, nasze i pracownika rezerwatu. Wyruszyliśmy w drogę powrotną. Po pięciu minutach dojechaliśmy do szlabanu. Wyskoczyła ochrona, otwórzcie nam, mówimy. Nie otworzyli. Okazało się, że nie mogą, bo są kamery, przełożeni, że nie mają prawa otworzyć itd. Wezwali służby mundurowe. Nam pozostało czekać na nie w aucie. Za oknem świerszcze grały koncert. Było już totalnie ciemno. Po jakimś bliżej nieustalonym czasie przyjechał pickup lokalnych służb. Kierowca z nami, powiedzieli. Wstał Stanisław i poszedł do budyneczku, takiej budki niby granicznej. Siedział tam ze dwadzieścia minut. Jeden ochroniarz wyszedł, chodził z latarką po okolicy, trzy osoby zostały z naszym kolegą i prowadzili żywą dyskusję. Asia się niepokoiła, ja zamknąłem oczy i słyszałem szum wiatru i oceanu, widziałem zielone wzgórza przylądka. Podskórnie czułem, że jedyne co się stanie to kara finansowa. I jak się później okazało na niej się skończyło. Posłuchaj, podpisz, ale nie płać, zaraz wyjeżdżasz, żaden sąd nie będzie chciał ściągać kary z turysty. Zapaliliśmy silnik i odjechaliśmy by coś zjeść.

Przylądek Dobrej NadzieiStanisław

Plaża