Ulica

 

Budzi mnie intensywne słońce, intensywne krzyki dzieci za oknem. Rozglądam się, porozrzucane ubranie rozpościera się na przestrzeni kilku metrów, jakieś opróżnione butelki po winie przypominają o wczorajszym wieczorze. Ag krząta się po kuchni, wita mnie uśmiechem. Jest piątek, gospodarze zdążyli już wyjść z  mieszkania, zostaliśmy sami. Obserwuję mieszkanie. Czuć ten paryski klimat, wieloletnia klepka na podłodze skrzypi pod nogami, meble, ściany, korytarz, łazienka – wszystko to zupełnie inne niż w naszym warszawskim mieszkaniu, wszystko starsze, ale z zębem romantyzmu, który czuć tylko w kamienicach, pod których wpływem jestem od wielu lat. Jest w tym mieszkaniu coś studenckiego, coś budowanego na chwilę i w pośpiechu, taki brak zakotwiczenia, ten niepozorny bałagan, który pokazuje, że nie jest to docelowe miejsce, miejsce ostatecznego osiadania. Jest w nim coś co także każe pomyśleć o poprzednich lokatorach i lokatorach którzy byli przed poprzednimi, jest coś co każe zwolnić i zaparzyć kawę, co każe patrzeć w okno i zapaść w zadumę.

Przeciągam się i powoli doprowadzam do jako takiego ładu. Patrzę na stół: słone masło, pyszne sery, kawa i pieczywo z piekarni z rogu trzy przecznice stąd smakują idealnie.  Rozpoczynamy rozmowę, która jest kontynuacją tej wczorajszej, kontynuujemy noc o poranku, o zapachu świeżej kawy. Wczorajszy wieczór spędziliśmy razem z Anią, którą tak naprawdę wtedy poznałem. Dziś nasze rozmowy z Ag przy bagietce dotyczą właśnie gospodarzy.

Ania, gospodyni będzie z nami cały weekend, Pierre, gospodarz, wyjedzie na narty. Poznali się lata temu w Tallinnie, na wymianie studenckiej. Nie znam szczegółów. Pewne jest to, że zaiskrzyło, że było gorąco i że nie miała to być tylko erasmusowa przygoda. Później przeczucie zaczęło przeradzać się w rzeczywistość. Ona wróciła kończyć studia w Polsce, a on się uparł, że dołączy do niej. Początkowo wrócił do Paryża, ale cały czas szukał punktu zaczepienia w Warszawie. W końcu przyjechał w sierpniu, zamieszkał z Anią i jej współlokatorkami. To nie jest takie łatwe przyjechać do obcego kraju i rozpocząć życie.  Zaczął szukać pracy, jeździł na rozmowy, raz wygnało go aż pod Płock, do jakiejś małej firmy w jakiejś małej miejscowości. Był przerażony, miał nadzieję, że nie będzie zmuszony podjąć tam pracy. Nie podjął jej, ale nie było też perspektyw na żadną inną. Aby mieć pieniądze dorabiał konwersacjami, nie miał w tym doświadczenia, ale była native’em. Tak się zaczęły jego przyjaźnie z Polakami, które trwają już latami. Teraz się śmieją z uczniami, że niewiele się zmieniło, rozmawiają jak wcześniej, tylko za darmo. Mieszkanie w kilka osób, w komunie, zaczęło im przeszkadzać, chcieli mieć przestrzeń, własne mieszkanie, gdzie mogliby budować spokojnie swój własny związek, bez świadków. Aby to spełnić musieli jednak oboje mieć pewną pracę.  Ostatecznie, choć było ciężko to wszystko się ułożyło, znalazł pracę w francuskiej firmie w Warszawie. Szybko znaleźli mieszkanie w okolicach Placu Zbawiciela. I tak czas mijał, a wszystko trwało.

Po prawie trzech latach razem w Warszawie w ich głowach zaczęła urealniać się wizja przenosin. Paryż ma swoje wady i zalety, jednak siedząc tutaj nie sposób mi nie zrozumieć ich decyzji. To nie jest tak, że to on chciał wrócić, oboje czuli, że to dobra decyzja dla nich. Najpierw on się poświęcił dla niej, pomyślała, to teraz może czas na rewanż? Jemu udało się znaleźć pracę w Polsce, to i jej uda się we Francji. Nie znam szczegółów rozmów, nie wiem ile w tym jego inicjatywy, a ile jej. Faktem jest, że decyzja zapadła. Zaczęli kolejny raz rozglądać się za możliwościami pracy. On wysłał CV do kilku firm z branży, w której rozpoczął zdobywać doświadczenie w Polsce. Pojechał na kilka rozmów. Ostatecznie przyjęli go do pracy w centrali firmy, w której pracował w Warszawie. Los lubi kontynuację. Jej było trudniej, bo Polka we Francji ma z zasady trudniej o pracę w korporacji niż Francuz w Polsce.

Skończyło się tak, że on wyjechał do Paryża, do nowej pracy, ona została porządkować sprawy, szkolić francuski i zdalnie rozsyłać CV do paryskich firm. Uporządkowała sprawy w Polsce, wyjechała do niego, była nadal bez zatrudnienia. Ale Ania naprawdę chciała, a życie nagradza upór i determinację, los kocha kochających i dlatego dziś pracuje w niezłej firmie, choć w sumie na niestabilnym stanowisku. Nie mam jednak wątpliwości, że wszystko się ułoży, bo im się musi ułożyć. Zasługują na to.

PokójKuchnia

ParyżRzeźbaStreetArt
LoveParkParyż