Pożegnanie nastąpi jutro rano. Jeszcze dziś, na koniec, popadał deszcz, a powietrze z nad Maroka ustąpiło temu ze Skandynawii. Nagle, w ciągu 12 godzin, temperatura spadła z 34 stopni do 15. Los pokazał, że czasami lubi zagrać na nosie. Poszliśmy dzisiaj na mecz Serie A, mecz o pietruszkę, grała Fiorentina z Cagliari, ostatnia kolejka, obie drużyny o nic nie walczyły już, ale szliśmy aby zobaczyć Boruca być może ostatni mecz w barwach Violi. Wraz z pierwszym gwizdkiem spadł deszcz, zacinał pod dach, na nas. Boruca zaś nie było nawet na ławce rezerwowych. I dziś ten dzień w sumie podporządkowany był piłce. Mecz w samym centrum dnia, bo o 15stej, przy 15stu stopniach. Mecz na przeciętnym poziomie, kibicowsko na naszym trzecioligowym, piłkarsko inaczej niż u nas, ale to dyskusja nie na bloga, szybciej na piwo, w pubie.

 

I tak zleciał nam tydzień pozostawiając niedosyt, bo sama Toskania jest ogromna swoim bogactwem, zarówno naturalnym jak i kulturowym. Można by przez miesiąc jeździć i zwiedzać, doświadczać, prowadzić rozmowy. Można by pewnie nawet przez rok mieszkać i tylko się uczyć Toskanii. Nie dziwi więc liczba turystów, choć ona właśnie męczy najbardziej i dlatego dobrze mi tu, pisząc z hotelu na wsi, gdzie w ogrodzie spotkaliśmy i dziki, i bażanty, tysiące jaszczurek i kilka węży. Gdzie przez całą noc słychać śpiewy ptaków i pohukiwania sów.