1. Wyjazd

Zaskoczyło mnie, bo pierwszy raz zaspałem, nigdy wcześniej przed wyjazdem mi się to nie zdarzyło. W innych sytuacjach? Owszem, wielokrotnie. Ale wyjazd to święto, które zawsze celebruję i coś takiego jak sen dłuższy o 105 min niż budzik przewidywał.. jednym słowem skandal! Cóż, jednak ostatni tydzień był wycieńczający i musiał stać się pierwszy raz. A więc zamiast czwartej nastała szósta i miejskie ptaki miały okazję zobaczyć nasz samochód swawolnym tempem opuszczający miasto.

2. Na miejscu

30 stopni w cieniu. Słońce rozpoczyna kanonadę promieni na blade ramiona. Płuca uczą się na nowo czym jest upał i jak sobie z nim radzić. A pomyśleć, że tydzień temu okoliczności pogodowe były znamiennie inne. Wisła to jednak gościnne miasto!

 

A sama Wisła? Miasto naszego najlepszego Adasia, miasto urodzenia Pilcha, miasto.. No właśnie. Pochodziliśmy dziś sobie i mam takie osobiste przemyślenia, że niby to uzdrowisko, niby kurort, niby miasto, niby w górach, a jednak wszystko to tylko tak po trochu. Co nie znaczy, że źle. Znaczy, że inaczej.

 

Budzi się przyroda. Liście zamazują brąz gałęzi, drzewa oprócz liści coraz śmielej prezentują pąki kwiatów: białe, fioletowe, żółte. Och, przełom kwietnia i maja zawsze pozytywnie nastraja!

 

Jadąc tutaj wyczytałem, że dwudziestolecie międzywojenne odcisnęło się bardzo pozytywnie na historii miejscowości. Na miejscu po szybkim spacerze w upale cudownym, rzekłbym, że nie mniejsze piętno odcisnął PRL, który wielokrotnie daje o sobie znać.

 

 

Przygody niech piękne będą, miłość niech iskrzy i energię daje.

 

3. Choć serce starsze z roku na rok to wewnątrz jednak młodnieje

Jaś znosi całe to zamieszanie dobrze, Ag również, choć ona jak i ja potrzebuje snu. Na tym więc kończę wpis udając się na zasłużoną dawkę marzeń serwowanych przez Morfeusza.