Po raz kolejny dzisiaj słyszę Chopina wygrywającego w Pendolino. Przerywa on ciszę przejazdu pociągiem. Wraz z zatrzymaniem się kół, zaczynam słyszeć pierwszą melodię. Chwilę później informują z głośników o karze za brak biletu, 650 złotych, zapamiętam na długo, słyszałem to co stację. Właśnie cisza, to ona mi się kojarzy z tym przejazdem, to jest główna różnica między przeszłością, a tym dzisiaj. Akurat dzisiaj mam okazję spędzić 6 godzin w pociągu. Warszawa – Sopot – Warszawa. Trzy godziny przerwy w Trójmieście, po czym powrót do stolicy.

Wyglądam przez okno, biel pól na przemian z bielą lasu. Spadł śnieg. Świeża, delikatna warstwa pokrywa Polskę. Lekko magicznie jest, na pewno przyjemnie. Siedzę więc, a przed oczyma pojawiają się obrazki sprzed lat, poprzednie kursy pociągiem.

Tylko raz pociągiem postanowiłem wyjechać poza Polskę. I to wyjechać częściowo, nieznacznie i nie do końca jednak pociągiem. Pociąg miał tylko w tym pomóc dowieźć w okolicę granicy, a dalej wyruszyć mieliśmy innym środkiem transportu. To Lwów był celem. Byliśmy na studiach, a we Lwowie postanowiliśmy spędzić sylwestra. Chcieliśmy pociągiem dojechać do Przemyśla, a stamtąd autobusem już do Lwowa. Pamiętam jedną scenę, kiedy to mieliśmy przesiadkę w Łańcucie, spędziliśmy tam pewnie z godzinę. Pamiętam zaśnieżony peron, przeraźliwe zimno i miejscową poczekalnię, gdzie siedząc na podłodze, na swoich torbach słuchaliśmy dźwięków gitary innych czekających o czwartej nad ranem w tym małym mieście. Był to obrazek z gatunku tych, które pamiętasz na długo, gitara odprężała, pomagała lepiej znieść ten chłód, śnieg dodawał atmosfery, miękkości tej scenie. Spokój ożywiał tylko miejscowy, pijany kloszard, który raz na jakiś czas podrywał się z ławki, na której spał i głośno krzyczał. Nie pamiętam co krzyczał, pamiętam, że odstręczał.

Pociąg

Inna podróż. Zielony wagon pociągów pospiesznych, znowu noc, chyba tuż przed porankiem. Pociąg wyjeżdżający z Zagórza w Bieszczadach do Warszawy. Przedział pełny, kilka osób na korytarzu. My jedziemy we czworo, kilku młodych chłopaków (choć od nas starszych) spytało czy mogą się dosiąść. Oczywiście, że mogą. Jedziemy więc. Pijemy alkohol, palimy papierosy, bo to były takie czasy, że w pociągu niedogody umilało się używkami. Zaczynamy rozmowy. Nowo poznane osoby okazały się dobrymi rozmówcami, choć nie wszyscy takie wrażenie sprawiali. Trzech z nich było krótko ściętych, sportowe sylwetki, wojskowe spodnie. Czwarty, szczupły, wysoki, w okularach, w swetrze. Siadając wnieśli wspólnie sportową, dużą torbę tego czwartego. Czwarty to typ inteligenta, posiadał ogromną wiedzę, był oczytany, znał książki historyczne, orientował się również w szerszej tematyce. Rozmawialiśmy długo, na wiele tematów, czasami się zgadzaliśmy, czasami nie. Pozostali jego koledzy zmieniali się, część wychodziła na korytarz, na ich miejsce przychodzili inni, część w dyskusjach uczestniczyła. Posłuchajcie, ale gdzie jedziecie? No, na zjazd w Bory Tucholskie. Jaki zjazd? Od słowa do słowa wyszło, że to skinheadzi, w torbie sportowej znajdują się książki. Ten czwarty był z zarządu, ci trzej z bojówki. Mili byli. W życiu bym nie uwierzył gdybym nie zobaczył. Posłuchaj, Andrzej ma być, chce byśmy byli w jego partii. Jaki Andrzej? No Lepper.

Najlepiej jednak wspominam wyprawę z Ag. Kupiliśmy bilety weekendowe na nieograniczoną ilość przejazdów dowolnym pociągiem na terenie Polski. Od piątku do niedzieli. Stwierdziliśmy, że pojedziemy do Wrocławia. Później mieliśmy jechać dalej, noce spędzać w pociągach, oszczędzić tym samym na hotelach. Wsiedliśmy więc. Na tamten moment była to nasza pierwsza wycieczka do Wrocławia. W okolicach połowy drogi coś się nam odmieniło i stwierdziliśmy, że pojedziemy w inne miejsce. Wysiedliśmy w Katowicach. To była jesień, ściemniało się kiedy tam dojechaliśmy. Wyszliśmy przed dworzec, byliśmy głodni, szukaliśmy miejsca by coś zjeść. Znaleźliśmy cudowną, nowo otwartą restaurację, gdzie nakarmili nas godnie. Później snuliśmy się ulicami miasta, chodziliśmy w świetle latarni, robiliśmy sobie zdjęcia przed Spodkiem. Po dziesiątej wróciliśmy na dworzec. To był jeszcze ten stary, śmierdzący, wyglądający smutno i niebezpiecznie dworzec. Ostatnie miejsce, na którym chcesz spędzać czas dłużej niż to konieczne. Sprawdziliśmy połączenia. Najszybciej mogliśmy pojechać do Częstochowy. I tak zrobiliśmy. Pamiętam, że pociąg był totalnie pusty. W całym wagonie jechaliśmy chyba tylko my. Leżeliśmy w przedziale, wtuleni i myśleliśmy o tym jakim to świat jest pięknym miejscem. Myśleliśmy o nas, chłonęliśmy każdą z tych chwil. To były pierwsze miesiące naszego związku. Miesiące pełne wszystkiego tego czym młody związek się charakteryzuje. Pomimo, że przedział miał swoje lata i nie był najczystszy to w tamtym momencie było to najlepsze miejsce na świecie.

Abstrakt neon

Później wylądowaliśmy na dworcu w Kole. Nie było żadnych połączeń. Siedzieliśmy o czwartej nad ranem w miejscowej kawiarni i piliśmy herbaty w towarzystwie Romów. Ag się trzęsła z zimna. Chciało nam się spać. Byliśmy padnięci, a musieliśmy poczekać do szóstej kiedy to nadjedzie najbliższy pociąg… do Warszawy. W mieście Koło symbolicznie tory nas skierowały ku początkowi, koniec był naszym początkiem. Nie pamiętam, gdzie pojechaliśmy dalej. Było to wiele lat temu.

O tym wszystkim myślałem siedząc w Pendolino. W drodze powrotnej spisywałem ten tekst. Pisałem i spałem na przemian w tej ciszy współczesnego pociągu. Pociągu, który jest tak inny w porównaniu z tymi wspomnieniami. Przyznam się, że brakuje mi przedziałów, kontaktu człowieka z człowiekiem. Te obrazy z pamięci, które przywołałem nie są ani najbardziej spektakularne, ani jak mniemam, najbardziej wyjątkowe (zdarzał się np. przejazd z człowiekiem na przepustce, historie z bójkami), ale są tymi, o których wtedy pomyślałem. Najeździłem się po Polsce. Wyplułem wiele zdań frustracji na kolej, ale mimo to mam ogromny sentyment do starego PKP. A co dzisiaj? Dzisiaj pozostały frustracje, choć inne. Tym razem w tej ciszy wylałem trochę jadu na brak wifi. Bo powinno być. Jasne, że powinno. Czasy się zmieniły, problemy również, nieprawdaż?