Ostatnie noce paryskie

O, melancholio, melancholio! Tamtej nocy poznałem twą potęgę i pojąłem, co znaczy być twym niewolnikiem. Zdawało mi się, że gonię wzdłuż rzeki stado wspomnień, żalów, wyrzutów sumienia, a gdy już, już miałem schwytać którąś ze zjaw, zapomniałem o wszelkich urojeniach i rozterkach. Owa śmiertnie smutna kobieta była gdzieś za mną i na pewno czekała. Nie wiedziałem jaki strach pcha mnie przed siebie. Uciekałem. Wielki zegar na gmachu dworca d’Orsay, ten po lewej, wskazywał trzecią, najdziwniejszą z godzin, porównywalną jedynie do równie dwuznacznej dziewiątej.

Dworzec wiał chłodem. Daremnie rozglądałem się za kieliszkiem zbawczego alkoholu. Nie zapowiadano żadnych pociągów i świeciło już tylko kilka lamp. Hala, jakby po katastrofie, zdawała się jeszcze bardziej pusta niż nabrzeża. Nikt na nikogo nie czekał. Mogłem chyba tylko zaśpiewać. Nie opuszczał mnie pech. Była trzecia – godzina rozterek. Usłyszałem hałas na schodach, po czym ujrzałem marynarza, niosącego na grzbiecie ogromny, podłużny wór z jasnego płótna.

Podszedł do mnie rozkołysanym krokiem i, dotykając wolną dłonią beretu, spytał:

– Paryż?

Miał olbrzymią głowę, płową i czerwoną, twarz dusiciela o wąskich wargach i ogromne, brunatne ręce.

– Tak, Paryż.

 

Philippe Soupault, „Ostatnie noce paryskie”. Jedna z moich ulubionych książek. Dziś przywołana z powodu mojej pierwszej wizyty w Paryżu, która zaczęła się kilka godzin temu.