Zaparkowaliśmy na dole, tuż przy kolejce, którą wjeżdża się na górę. Jest to jeden z kilku sposobów dotarcia na tysięczny metr, na wyrastającą z równiny górę. Górę szczególną, bo o charakterystycznym kształcie, w osobliwym miejscu. Całe pasmo jest jakieś takie obłe, zmiękczone, widać wiek góry, wpływ wiatru. Mimo tej miękkości nadal góruje ona nad terenem, przykuwa wzrok, ma w sobie jakiś magnetyzm. Zrobiłem sobie z Jasiem spacer, popatrzyliśmy na wąwóz z rzeką tuż przy parkingu, potem wznieśliśmy wzrok do góry, w stronę nieba i klasztoru. Wysoko, tata. Oj tak, wysoko. Wsiadamy do kolejki, przejazd nią powoduje pewne lęki, spojrzenie w dół uznaję za zły pomysł, Jaś się wychyla, mi pozostaje go trzymać.

Jesteśmy u stóp klasztoru, który przykleił się do góry, zrósł z nią. Nie to jednak robi wrażenie, najpierw czujesz chłód, inne powietrze, pomimo, że na dole osiemnaście stopni i wiosennie to na górze unikasz cienia, wyszukujesz promieni słonecznych. Taka pora roku, bezpieczniej jest na słońcu, w lato podejrzewam, że ten chłód jest mocno kojący i mocno poszukiwany.  A może to nie tylko chłód, może tu po prostu oddycha się w ogóle innym powietrzem? Zaczynam się rozglądać. Patrzysz w dół i napajasz się widokiem na całą Katalonię, patrzysz w bezkres terenu, milczysz, nawet Jaś tutaj milknie, jest spokojniejszy. Wierzę w aurę i wierzę, że ludzie od zawsze potrafili ją rozpoznać. Wiele dawnych miejsc kultu osadzono w miejscach, w których współczesne badania dowodzą, że jest inaczej niż na przeciętnym terenie, myślę, że tak też jest z Montserrat.

IMG_8748

Są miejsca uznawane za święte i są takie, które faktycznie świętymi są. Za Montserrat stoi cała historia i wielkie osoby. Z jednej strony z tym miejscem kojarzony jest św. Piotr, który podobno tu zostawił świętą figurę Matki Boskiej, z drugiej strony to podobno w tym miejscu Parsifal odnalazł Świętego Graala. To miejsce wycisza, uruchamia w tobie pokorę. Idziesz wśród wiatru i słońca, łapiesz myśli, które krążą po głowie, zwalniasz, podświadomie medytujesz. Tak się tu czuliśmy, pomimo obecności głośnych turystów.

W pewnym momencie mieliśmy wybór: pojechać na szczyt lub na jedno z jego zboczy lub po prostu iść przed siebie, szlaków jest wiele. Wybraliśmy wersję pieszą, szliśmy, nie wiedząc dokąd idziemy, nie myśleliśmy o tym. Towarzyszyły nam obrazy świętych z nazwami miast fundatorów. Jaś skakał po skałach, ławeczkach, biegał dookoła, a my zatopieni w ciszy obserwowaliśmy ten mikroświat. Marzliśmy po prawdzie, bo nie była to tylko czysta przyjemność, chłód marca nas otulał, nie dawał o sobie zapomnieć. W pewnym momencie, po pół godzinie zawróciliśmy, bo nie chodziło przecież o to aby osiągnąć jakiś cel, lecz o to by po prostu iść, wejść w naturę, oddalić się od zabudowań, a to się udało.

Na koniec zostawiliśmy sobie klasztor. Montserrat to małe miejsce, miejsce minimalizmu, ciszy i skromności, ascetyczne w sobie. Zakonnik miał tu w przeszłości dobrze, miał ciszę i spokój, dzisiaj ma tu turystów, inne studia pokory. Turysta zaś tu wypoczywa, umysł wraca do stanu równowagi, jest gotowy na medytację, na refleksję nad światem i roli naszej na nim. Cicho jest, hula tylko wiatr. Pisząc to myślę o placu, dziedzińcu tuż przed wejściem do klasztoru. Siadamy tam w słońcu. Ta przestrzeń, geometria powoduje dobry nastrój. To wszystko do siebie pasuje. I o to chodzi.

IMG_8731 IMG_8739 IMG_8744 IMG_8764 IMG_8770 IMG_8772-2 IMG_8781-2 IMG_8788 IMG_8806 IMG_8808 IMG_8820 IMG_8822 IMG_8823 IMG_8824 IMG_8827 IMG_8839 IMG_8844 IMG_8856 IMG_8870 IMG_8872 IMG_8885 IMG_8897 IMG_8914-3 IMG_8924IMG_8910