Podróż z małym dzieckiem – skąd pomysł by o tym pisać?

Temat podróżowania z dzieckiem przewinął się przez setki blogów. Zarówno podróże dalekie i bliskie. Ostatnio najwięcej takowych tekstów odkrywam w kategorii podróży egzotycznych: Afryka, Azja, Ameryka Południowa, wysokie góry itd. Dlaczego więc sam chcę poruszyć tak popularny temat na moim niszowym blogu? I dlaczego piszę tak inaczej niż przyzwyczaiłem do pisania wcześniej? Powodów jest kilka, przede wszystkim dlatego, że podróż z dzieckiem to coś normalnego i można przemierzyć świat w normalny sposób jak wcześniej, bez dziecka. A o tym wcale się tak dużo nie pisze i nie mówi – spotykamy wiele par, które łapią się za głowę, gdy słyszą nasze relacje, spotykamy też wiele par, które nam mówią, że od kiedy mają dzieci to ograniczyli podróże (poza morzem), a także inne aktywności, które praktykowali wcześniej. Jak się już pisze i mówi to są to na ogół treści produkowane przez tzw. hardkorowców, którzy wyjeżdżają w miejsca graniczne, egzotyczne, często niebezpieczne (ewentualnie tam się przenoszą i zamieszkują). To wszystko jest ok., ale normalny człowiek nie jest hardkorowcem, ma pracę, zobowiązania, lęki i wcale nie czuje w tych tekstach inspiracji do podróży, które mógłby sam odbyć. Dlatego siadam dzisiaj przed komputerem i zamierzam podzielić się z Wami swoim doświadczeniem z ostatnich dwóch lat – ja, czyli skromny człowiek pracujący od poniedziałku do piątku w biurze, gdzieś obok mnie jest moja żona, Ag, której tryb pracy wygląda identycznie. Poniżej znajdziecie więc kilka słów od osób takich jak większość Polaków, czyli tekst jakich sam szukam w Internecie.

Dwa lata temu na świat przyszedł Jaś. Było dużo radości, lęków, później nieprzespanych nocy. Było też sporo frustracji, bo nagle nasz świat przestawił się, zmienił. Zaczęło brakować czasu na kino, teatr. Termin wolny czas zaczął coraz bardziej przypominać jakieś senne marzenie, coś z zamierzchłej przeszłości. Były pieluchy, nauka dziecka, budzenie się w nocy, wczesne wstawanie i wiele innych, naturalnych przy dziecku doświadczeń. Oczywiście kino, teatr i kilka innych przyzwyczajeń kulturalnych musiało od tej pory być przesiewane przez bardzo dokładne sito i ilość wydarzeń, w których braliśmy udział po narodzinach syna zmniejszyła się. Ale.. to nie znaczy, że przestaliśmy korzystać z życia.

Pierwsze 6 miesięcy Jasia

Mamy i mieliśmy wiele przyzwyczajeń, z których rezygnować po narodzinach Jasia nie zamierzaliśmy, dlatego te przyzwyczajenia trzeba było zacząć przekuwać na syna. Po pierwszym miesiącu zabraliśmy go więc do Zachęty na wystawę fotograficzną Wolfganga Tillmansa, bo bardzo chcieliśmy tam być. Pracownicy Zachęty mówili, że dawno tak małego dziecka nie było u nich jako gościa, goście wystawy zaś zaczęli bardziej interesować się Jasiem niż wystawą. My wystawę zobaczyliśmy, tę jak wiele innych później. Teraz dla Jasia pójście z nami gdzieś, by pooglądać zdjęcia (czy inne eksponaty) jest czymś naturalnym.

Tak samo naturalne są dla niego podróże. Pierwszą dłuższą odbył do hotelu ekskluzywnego, ze znakomitym SPA, świetnym jedzeniem i opieką, był to Hotel dr Ireny Eris na Mazurach, gdzie zostaliśmy zaproszeni w ramach docenienia tego co robimy. Jaś miał wtedy 2 miesiące, był grudzień, przerwa świąteczna. My mogliśmy odpocząć od nawału pracy, stresów, nieprzespanych nocy, a on.. a on robił to co robił i w domu. Nie ma przecież dla niego różnicy, gdzie przebywa, szczególnie kiedy jest taki młody.

Najtrudniejsza wyprawa w ciągu jego pierwszych kilku miesięcy życia to był wyjazd w Bory Tucholskie. Był luty, Jaś w wieku 4 miesięcy, temperatura na zewnątrz dochodziła do minus 25. Ogólny chłód, lekko zabielone pola i my udający się w kierunku małej miejscowości o nazwie Rulewo. Wszędzie drzewa pokryte szronem, gdzieś w dali przemykają daniele. Zimno i cisza. Dla Jasia zaś był to jedyny wyjazd, w którym dał nam dobitnie znać, że coś jest nie tak. I nie wiemy co na to wpłynęło, prawdopodobnie nowe miejsce. Skończyło się to tak, że pierwszej nocy musieliśmy wstawać do niego co pół godziny albo i częściej, bo syn nam się budził i bardzo głośno płakał. Nie wyspaliśmy się wtedy, zastanawialiśmy się nawet czy nie wracać. Całe szczęście później było już normalnie, co spowodowało, że ten wyjazd wspominamy naprawdę dobrze. Dzięki Jasiowi poznaliśmy wtedy wspaniałą parę, która spodziewała się dziecka. Zamieszkali w Borach, otworzyli fajną restaurację z pensjonatem (czyli modny ostatnio temat: rzucam korporację w wielkim mieście i jadę zamieszkać gdzieś na końcu świata). Nie wiem czy ta noc to była to dla nas nauczką, bo choć ją zapamiętaliśmy to wcale nie myśleliśmy aby rezygnować z kolejnych podróży.. Doszliśmy do wniosku, że to tylko wypadek przy pracy i że należy dalej sprawdzać jak Jaś znosi podróże i nowe miejsca.

Pierwszy poważny wyjazd syna czyli ponad 4 tysiące kilometrów autem

To miał być test, dla nas i dla niego – czy jesteśmy w stanie normalnie funkcjonować, tzn. w naszym przypadku – czy jesteśmy w stanie podróżować jak przed narodzinami, od małego? W gruncie rzeczy znaliśmy odpowiedź, przecież to nasze dziecko, musi mieć podróże we krwi. A gdyby coś się stało to przecież jesteśmy w Europie, w cywilizacji, na pewno damy radę. I tak rozpoczęliśmy planowanie wycieczki: Polska – Słowacja – Austria – Słowenia – wielki kawałek Włoch – Niemcy – Czechy – Polska. Trzy tygodnie podróży z półrocznym dzieckiem. Założenie jakie na początku sobie daliśmy to dzienna trasa nie dłuższa niż 2-3 godziny autem (dodatkowo nie chcieliśmy podróżować każdego dnia, więc w zależności od miejsca zostawaliśmy tam od jednej nocy do tygodnia), aby On to zniósł, acha wyłączyliśmy z tego Polskę, bo chcieliśmy mieć tu tylko jeden nocleg.

Jak zaplanowaliśmy tak też zrobiliśmy. Prywatnie mieliśmy dwa nadrzędne cele: zwiedzić miasta, a nie tylko w nich być oraz pojeździć po winnicach. Oba cele zrealizowaliśmy, nadmienię tylko, że do Polski wróciliśmy z ponad 60 butelkami wina z różnych regionów Europy.

Jak zniósł to Jaś? Bez zarzutu, bawił się równie dobrze jak my. Do naszego stałego repertuaru na trasach wycieczek musieliśmy dorzucić wizyty na placach zabaw w różnych miastach, a także pikniki w parkach lub na miejskich trawnikach. Ten drugi punkt na tyle nam się spodobał, że prawdopodobnie na stałe został wtedy dodany do naszej listy spędzania czasu na wycieczkach. Dla nas najistotniejszą nauką była ta, że mając nawet sześciomiesięczne dziecko, które wymaga atencji możemy zwiedzić to co zaplanowaliśmy. Jak się okazało dla Jasia wszystko co nowe było również interesujące.

Co więcej o tej wycieczce? Spotkaliśmy np. parę z Australii, która przyleciała z dzieckiem w podobnym wieku do Włoch. Mieli za sobą prawie 24-godzinną podróż, którą jak twierdzą dziecko zniosło bardzo dobrze. To jeszcze bardziej utwierdziło nas w poczuciu, że jak się chce to można wszystko. Oczywiście w ciągu tych trzy tygodni poznaliśmy jeszcze wiele osób, dodatkowo (szczególnie w Słowenii i we Włoszech) Jaś był notorycznie zaczepiany przez miejscowych i turystów, stał się dodatkowym bodźcem do nawiązywania kontaktów czyli jednym słowem urozmaicił nam wycieczkę!

Oczywiście samo planowanie wyjazdu wyglądało trochę inaczej, ponieważ trzeba było zrobić dodatkową listę rzeczy, które należy spakować (a te również zajęły sporą część bagażnika), a także pozałatwiać wszelkie formalności, aby dziecko w razie choroby miało zapewnioną odpowiednią opiekę medyczną. Nie jest jednak nic innego niż w przypadku Egipt All-inclusive.

Jak wygląda to teraz?

Jaś od czasu trzytygodniowej wycieczki zwiedzał z nami kolejne kraje. W tym roku zrobiliśmy m.in. trasę po Litwie i Łotwie (również ponad 2 tysiące kilometrów autem), był również z nami w Berlinie, zwiedził sporą część Polski. Myślę, że podróż staje się dla niego równie fajną przygodą jak dla nas. Dodatkowo mamy wrażenie, że takie urozmaicenie jego krótkiego jeszcze życia bardzo pozytywnie wpływa na jego osobowość. Od małego jest bardzo towarzyski, nie ma problemów w nawiązywaniu kontaktów, jest otwarty na otoczenie. Obiad w restauracji jest dla niego czymś naturalnym – tu nadmienię, że często jemy na mieście, nie tylko w podróży ale i na co dzień. Razem z Ag wierzymy, że podróżować z dzieckiem warto nie tylko dlatego, że to my chcemy, ale również dlatego, że jest to dobre dla dziecka.

Plan na 2013 r. był taki aby co najmniej raz w miesiącu gdzieś wyjechać, niezależnie czy w Polskę, czy w Europę. Plan zrealizowaliśmy z nawiązką, bo tych wyjazdów, jak sami wiecie było kilkanaście. W większości z nich uczestniczył Jaś. W każdym, w którym uczestniczył nie mieliśmy z nim żadnego problemu. Oczywiście tegoroczne wyjazdy również niosły pewne obawy – Jaś jest starszy, chodzi (częściej biega), ma dużo energii – czy uda nam się nad tym zapanować? Udało się, dzięki czemu i my, i on, mamy wiele fajnych wspomnień i zdjęć dzięki temu!

Co więcej? Możemy opisać szerzej o planowaniu wyjazdów, o tym jak dobieramy trasy na podróże z dzieckiem (swoją drogą niedługo pojawi się tekst jak w ogóle dobieramy miejsca na podróż), co należy ze sobą zabrać, na co być przygotowanym, jakie problemy w ogóle pojawiły się w trakcie itd. Jeżeli chcecie o tym czytać dajcie znać (na maila, w komentarzach, na facebooku, jakkolwiek), jeżeli chcecie się podzielić swoimi doświadczeniami – piszcie! Uwielbiamy czytać!

Poniżej linki dwóch podróży z dzieckiem, o których wspominałem w tekście:

Wycieczka trzytygodniowa

Łotwa i Ryga z dzieckiem

Zdjęcia pochodzą z 2012 roku, z trzytygodniowej wyprawy przez kilka krajów, link do pełnej dokumentacji zdjęciowej powyżej.

Ag i Jaś

Autor z synemW hoteluPiranBratysławaToskaniaJaśGarda