Nad Wisłą

 

Obudziło mnie wczoraj słońce, bezchmurne niebo. Człowiek od razu wstaje z innym samopoczuciem, gdy dzień zaczyna się tak pięknie, a świat pokazuje tę najładniejszą ze swoich stron. Obudziłem się bez konkretnów zamiarów i choć myśli jakieś były, to były to raczej  zajawki planów, niż konkretny cel dnia. Cały tydzień chodziło za mną zdanie: wyjedź gdzieś, wyjedź. Pomimo tego ciągle nie wiedziałem gdzie jest to gdzieś. Patrzyłem na mapę i co chwilę zmieniałem zdanie – to wioska tatarska na wschodzie, to Chełm, to Radzyń. Ale przy żadnym z miejsc nie poczułem tego czegoś. No i przyszła jedenasta, i dalekie destynacje odeszły w niepamięć. Do domu weszła Ag i spytała: a dlaczego nie Kazimierz? W sumie to dlaczego nie? Choć jest to miejsce, gdzie mamy już bardzo przetarte szlaki, to jest to jakiś pomysł. Ok., więc wsiedliśmy w samochód i postanowiliśmy zjeść obiad w Kazimierzu Dolnym.

Lubię sam proces jechania, lubię mijać tę Polskę tak dziwną i różną. Z jednej strony mijamy nową, europejską twarz ojczyzny, czyli Konstancin z zaadaptowaną na centrum handlowe dawną papiernią, później Górę Kalwarię, miejsce z historią, dziś zniszczone miejsce jakby żywcem wyjęte z lat 90tych, a później zmarznięte, białe pola i rozpadające się domy, kiczowate nowe budynki, odnowione stare pałace, bo tak dzisiaj wygląda ten dawny historyczny szlak wzdłuż Wisły. Mamy tu wszystko czym Polska jest w drugiej dekadzie XXI wieku. I w sumie to bardzo to lubię, tę różnorodność – z jednej strony nasz odwieczny kompleks, pęd ku Zachodowi, z drugiej tę narodową dumę i chęć dbania o tradycję, a na koniec tę paradoksalność Polski, gdzie wychodzą zaniedbania i nasze przywary.

Widzę to też na parkingu w Kazimierzu. Z jednej strony pięknie odnowiona kamienica, gdzie pieknie zdobiona ściana graniczy z drugim, opuszczonym budynkiem, pod którym stoi grupa czterdziestoletnich, niekoniecznie trzeźwych mężczyzn i wypuszcza zdania w przestrzeń. Zdania o tym, że czas jeżeli chce to może zatrzymać się w miejscu. Z Kazimierzem mam pewien problem, bo jest to miasto nie dość, że już odkryte, to przez to, że to odkrycie zostało nagłośnione to zadeptane i skażone tę turystyczną skazą. Pewnie było to fajne miejsce lat pięćdziesiąt temu, pewnie nadal jest fajne, ale to jest mi ciężko stwierdzić. Chyba muszę tu kiedyś przyjecheć na dłużej niż na chwilę, posiedzieć tydzień, gdzieś przy rynku i chłonąć jak gąbka atmosferę miejsca. Na dzisiaj mam poczucie, że Kazimierz wszedł w fazę europeizacji. To znaczy pełno jest tu modnych, w stylu warszawskim kawiarni, coraz więcej restauracji w cenach prosto ze stolicy. I ta lokalność choć w miejsca czasami wplatana to mam wrażenie, że powoli ginie. Nie mam nic przeciwko mojej ulubionej kaziemierskiej herbaciarni i czekoladziarni, nie mam nic przeciwko Zielonej Tawernie, bo to wszystko miejsca piękne, klimatyczne. I jeżeli miejsca będą oparte na powyższych przykładach to Kazimierz zachowa swój styl. Boję się tylko sieci, tych macek rzucających pieniędzmi i zabijających lokalny charakter miast. Póki co jest to jedynie obawa, bo całe szczęście póki co króluje Kazimierz, a nie świat ery globalizacji.

Pozostaje też gdzieś we mnie tęsknota za miejscem zniszczonym przez szwedzki potop, a później z mozołem odbudowywane, gdzie Ormianie, Żydzi i Grecy przeplatali się na rynku z Polakami. Ale niestety na tę kontynuację nie ma co liczyć. Od ponad 100 lat jest to głównie miejsce wypoczynku mieszkańców Lublina i Warszawy. Miejsce nadal z charakterem i jeśli wybierzesz odpowiedni moment by tu przyjechać to ten charakter i dobre wspomnienie stąd wywieziesz. Tak jak my, którzy tym razem przyjechaliśmy dosłownie na chwilę, po to by zjeść tylko obiad i odbyć krótki spacer nad Wisłą.

Kazimierz Kazimierz rynekKazimierzKamienicaRzeźbaChoinkiAg i JaśKazimierzKazimierzKazimierz nad WisłąAg nad WisłąAg nad WisłąNad WisłąWisła