Północ. Pokrzyżacka, poniemiecka, popruska, polska. Gdzieniegdzie odnowiona, gdzieniegdzie zaniedbana, zapomniana. Tak też wygląda Rulewo – wieś, która od 700 lat patrzy na zmienne koleje swojego losu. Z jednej strony znajdziesz tu odnowiony, prawie dwustuletni pałac, który łączysz:  albo z imponującym parkiem, albo z okoliczną zabudową – zaniedbaną, rozpadającą się, niszczejącą, opuszczoną.

Pałac też do niedawna straszył, teraz stał się wizytówką, jedynym powodem przyjazdu tutaj. Tak, na co dzień, gdyby nie on, to pewnie niewiele osób by tu trafiło. Pewnie kilku zbłąkanych grzybiarzy, kilku rowerzystów, kilku amatorów wycieczek. I tyle.

Chciałoby się napisać jakąś romantyczną historię. Prosto stąd, z tego miejsca, gdzie niepewność była codziennością. Patrzę wstecz, sięgam w internetowe kroniki aż po XIII wiek, po krzyżackie czasy. Później przeglądam dzieje za dworu Pawłowskich, dochodzę do czasów, gdy Pałac budują finalnie Maerckerowie. I nic. Nie znajduję żadnego punktu zaczepienia. Czyżby niemiecka, chłodniejsza krew, nie zostawiła tu żadnej ciekawej historii po sobie?

A przecież tyle musiało się wydarzyć. Każdy z właścicieli na pewno przeżył coś co powinno przetrwać. Kroniki pokazują tylko daty, suche informacje o zebranym podatku, daninie, zmianach własnościowych. Nic więcej.

Jeszcze raz wybrałem się na spacer. Popatrz, na te rozpadające się budynki. Gdzieś tu znajdowała się gorzelnia, dziś kilka ledwie trzymających się cegieł. Mówię do Ag, o tym, że dachy wyglądają jak te z Nepalu, tu też przytrzymane są cegłą. Cegła tu dominuje, inaczej niż u nas. Choć tak naprawdę to coraz częściej odpada, wiatr rozbija ją na coraz mniejsze części i rozwiewa ją, jak pamięć o tym miejscu.