Nasze małe niemieckie wakacje

Do Niemiec nie jeździ się na wakacje, jeździ się co najwyżej do pracy. Tak mi się chociaż zawsze wydawało. Pamiętam z dzieciństwa, że z okolicy, z której pochodzę jeździli na szparagi. Ja wtedy jeszcze nawet nie wiedziałem jak szparagi wyglądają. Kojarzyły mi się z jakimiś stworami, owadami, później dowiedziałem się, że to warzywo, jeszcze później pokochałem potrawy, w których szparagi grały główną rolę. Wracając do Niemiec, tam się przecież jedzie albo do pracy albo po używane auto. Sąsiad jeździł, sprowadzał, żył z tego. A we mnie rosło przeświadczenie, że Niemcy to destynacja zarobkowa.

Jest jeszcze drugie skojarzenie. Niemcy to druga wojna światowa. Niemcy to zło, obozy, Hitler itd. Pewnie w większości z nas, Polaków siedzi to przeświadczenie. Pamiętam swoją wizytę w Monachium (notabene niezbyt udaną) i ulotki w recepcji hotelu, w którym mieszkaliśmy reklamujące wycieczki do Dachau. Mój wujek był w Dachau, przeżył likwidację chowając się w szambie. Nie chciał nigdy rozmawiać o tym okresie życia, a ja za słabo go znałem lub byłem za młody by zadać pytania, które zadałbym teraz. Więc to Dachau i Monachium powodowały pewien mój dystans do Niemców, zresztą Bawaria jest specyficzna i ten dystans łatwo było budować. Specyfikę rozumiem tu jako uprzedzenie do Polaków, patrzenie na mnie z góry. Nie znoszę tego.

W Niemczech byłem dwukrotnie, raz to wspomniana przed chwilą wizyta w Monachium, a dwa to Berlin. Berlin to nie Niemcy, to garnek w którym mieszają się różne narodowości, miejsce, które ciężko traktować jako wizytówkę kraju i jego mentalności. Berlin jest bardziej na luzie, jest brudniejszy, bardziej chaotyczny, czyli małoniemiecki.

Nigdy nie spodziewałem się, że do Niemiec pojadę na krótkie wakacje, na wypoczynek. Co więcej, nigdy nie spodziewałem się, że jak już pojadę to wrócę z tych wczasów zadowolony, że będę zastanawiał się nad powrotem. Teraz wiem, że wrócę. Pojechaliśmy na długi weekend. Wyjechaliśmy w środę wieczorem, wróciliśmy w niedzielę. Powód wyjazdu już znacie, to Heide Park, park rozrywki niedaleko Hamburga, tysiąc kilometrów od Warszawy. Chcieliśmy zrobić Jasiowi prezent, po części też sobie. Okres wyjazdu sąsiadował z dniem dziecka, więc wszystko pasowało.

Wynajęliśmy domek w małym resorcie, dwadzieścia kilometrów od parku rozrywki. Długo szukałem miejsca, które spełniałoby warunki: co najmniej dwa pokoje i natura. W końcu udało się. Na miejscu okazało się, że jest lepiej niż można było się spodziewać, nasz sześćdziesięciometrowy domek leżał w kwietnym raju. Otoczony był lasem i kwiatowymi alejkami, oczywiście wszystko zadbane, zielone trawniki przystrzyżone, po niemiecku czysto. Po ogrodzie spacerowały dwa koty rasy brytyjskiej, Jaś zachwycony! Właściciele przemili, pozwolili nam zacząć dobę o ósmej rano. Pomimo braków w ich angielskim dogadywaliśmy się bez problemu. Wymienialiśmy uprzejmości, załatwialiśmy sprawy. Nastrój wakacji, wczasów.

Później był park, zdjęcia zamieszczałem, jeśli lubisz kolejki to jedź tam koniecznie, dla dorosłych atrakcji jest chyba nawet więcej niż dla małego dziecka. Wszyscy byliśmy ukontentowani. Po parku kolacja i dziękowanie ludzkości za wymyślenie Trip Advisora, trafiliśmy bowiem świetnie.

Następnego poranka udaliśmy się na dwa dni nad Bałtyk, do Rugii, wyspy oddalonej o ponad dwieście kilometrów od polskiej granicy. Wyspy pięknej, z ładnymi plażami i wysokimi klifami. Warto tam wpaść jak się jest w okolicy. Hitler postawił tu ośrodek wypoczynkowy dla swoich oficerów, na dwadzieścia tysięcy osób. Fakt, że nie zdążył go skończyć, ale pokazuje, że miejsce to niezwykłe. Zresztą jak się spojrzy kto w przeszłości tu przyjeżdżał wypoczywać to już wiesz, że to miejsce nieprzeciętne: Einstein, Mann, Schopenhauer, wiele nazwisk, wiele dużych nazwisk.

I spodobało nam się w tych Niemczech. Ludzie byli uprzejmi, nawet spontaniczni, okazywali emocje, zaczepiali dzieci (inaczej niż w Monachium). Odwiedzone zaś miejsca sprawiły, że odpoczywaliśmy. Dzieci były zachwycone, Jaś nie chciał wracać. Z nad morza to rozumiem, ale zakochał się w tym domku i ogrodzie, który widzicie tu na zdjęciach: resort nazwał sobie „małym hotelem” i teraz powtarza pytanie: „tata, kiedy pojedziemy znowu do małego hotelu?”. I ja odpowiadam mu w myślach: „Jeszcze w tym roku synu”.

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony bezzadecia.pl – Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz