Wisła, plaża

Mijasz więc sady, wszędzie rosną jabłonie, niektóre podparte o drewniane pale, część samodzielnie, pewnie wznosząca się ku górze. Gdzie nie spojrzysz, po horyzont ciągną się w równych rzędach drzewa owocowe. W powietrzu zapach sadu. Nie ma wątpliwości, wkraczasz w zagłębie soków jabłkowych, szarlotek, dżemów i wszelakich inny przetworów z tego owocu. Jeżeli taki krajobraz jest Ci znajomy to pewnie wiesz, że piszę o okolicach Grójca i Góry Kalwarii. Tekst jednak nie miał być o owocach, lecz zupełnie o czymś innym. Miał być, lecz od owoców uciec się nie da, bo nawet gdy zaplanowałem przystanek w Czersku, aby zobaczyć ruiny zamku to.. mijam wejście na teren zamkowy i pierwsze co widzę to stragan z jabłkami! Pan się uśmiecha i po chwili słyszę: może Pan weźmie dla synka? Zdrowe, niepryskane..

Ten szlak spod znaku jabłka ma jednak swój koniec i ku temu końcowi zmierzałem. Mijałem małe miejscowości, gdzie po horyzont te sady, jabłonie, gruszki i śliwki. Im dalej jechałem w głąb tym obraz coraz bardziej się zmieniał, gdzieś w tle zaczęły pojawiać się drzewa i krzewy bardziej związane z lasem niż sadem, zbite w grupy, razem, jakby było tam coś co pozwala im przeżyć. Łatwo się domyślić powodów zgrupowania – żyzna gleba oraz dostęp do wody. Jednym słowem zbliżałem się do punktu docelowego, którym jest Wisła. Po chwili znak: koniec drogi. I wtedy poczułem wolność. Zjeżdżam z asfaltu na betonowe płyty i jadę do końca, tak daleko jak się da, a da się aż po molo, które wchodzi brutalnie w tętnicę Wisły, królowej polskich rzek.

Nurt powolny, głębokość przy brzegu niewielka, licznie przybyli w upały ludzie ochładzają się w wodzie. Cóż, nie przestanę się nigdy temu dziwić, od zawsze słyszę, że jest to brudna rzeka, a jedyne co można wynieść z kąpieli w niej to jakiś syf, który zostaje na ciele i nie opuszcza cię przez następne parę dni. A ludzie kąpią się, dzień w dzień, tryskają zdrowiem, skóra spalona od słońca, a część z nich z tego co zdążyłem zauważyć to stali uczestnicy kąpieli w Wiśle. Jak to jest z tą rzeką, z jej czystością? Może kiedyś ktoś udzieli mi merytorycznej odpowiedzi, póki co zadowalam się obserwacją z koca.

Koc ten okupuję przez dwa dni. Zadomowiłem się na tej plaży, jak upały w Polsce. Podoba mi się Wisła na jej odcinku na południe od Warszawy. Nagle po opuszczeniu miasta wkraczasz w krainę wysp i meandrów rzeki. Rzeka staje się dzika, pełna ptaków i roślin. Nie bez powodu został tu stworzony rezerwat przyrody, który szerokim objęciem chroni Wyspy Świderskie przed degradacją, przed wejściem człowieka i zaśmieceniem terenu.

Co więcej? Więcej to piasek, rozgrzane drobinki tego kruszcu, cisza nad Wisłą, z rzadka przepływająca motorówka i dwa skutery wodne wybijające z ciszy co jakiś czas. Więcej to ten koc i rozmowy, bieganie z synem i twarze pełne uśmiechu. Jednym słowem relaks. Co więcej trzeba w taki upał?

 Plaża nad WisłąWisłaWisła