Widzimy różne miejsca, wyrabiamy sobie zdanie, tworzymy historie wokół i je sprzedajemy. Wszystko to w czasach, gdy świat jest już odkryty i w dużym stopniu opisany. Jedziemy więc gdzieś z na ogół wyrobionym zdaniem, bo przecież przygotowujemy się do wyjazdów, czytamy coś wcześniej albo oglądamy w googlu zdjęcia. Wiemy co nas na miejscu czeka, co można zobaczyć i jakiej atmosfery się spodziewać. Czy jest jeszcze miejsce dla odkrywców, czy jest co jeszcze odkrywać? A co byście powiedzieli na bycie czarodziejem? To coś co sam bardzo lubię, lubię odczarowywać miejsca i lubię gdy jest to możliwe. Weźmy taki przykład z brzegu – Cinque Terre, zespół pięciu miast na zachodnim wybrzeżu Włoch. Jedna z gwiazd włoskiej turystyki. Miejsce bardziej dla turystów niż dla poszukiwaczy nieznanych szerzej perełek. Czy takie miejsce może być ciche i kameralne? Czy może w środku sezonu uchodzić za kwintesencję spokoju? Dla nas Manarola (jedno z tych miasteczek) taka była.

Pamiętam pierwszy wieczór w małej knajpce, poleconej przez właścicielkę B&B, w którym przyszło nam nocować. Nie było miejsc, wszystko na rezerwację. Tylko dzięki poleceniu miłej Włoszki udało się znaleźć dla nas stolik. Po chwili wylądowało na nim kilkanaście talerzy z owocami morza, lokalne wino, a podawał to kelner mówiący po polsku, pół Polak, pół Włoch, wychowany tutaj lecz znający język matki. Tak się zaczęła nasza sympatia do Manaroli.

IMG_3644

Tak się bałem tego miasteczka, tak się bałem tych turystów. I owszem w dzień byli, choć mniej niż sobie wyobrażałem, mniej niż w turystycznej Toskanii, mniej niż w Rzymie czy Wenecji. Nie chodzi mi o suche liczby, bo wspomniane miejscowości to większe ośrodki, chodzi mi raczej o gęstość turysty na kilometr kwadratowy. W dzień było znośnie. Patrzyłem na Amerykanów, bo to głównie oni we Włoszech się rzucają w oczy, głównie z powodu głośności jaką powodują, ale pewnie też z powodu dużej ich ilości. Patrzyłem jak z kilkunastu metrów, ze skał wskakują do wody o skalistym dnie. W swej bezmyślności pewni, że nic im się nie stanie. Faktycznie nic im się nie działo. Może mieli to skalkulowane, a tylko ja miałem wrażenie, że to czysta nieskażona myślą decyzja? Kto wie. Skakali więc i powodowali tym wiele hałasu, prężyli ego i konkurowali między sobą, kto znajdzie większe ekstremum. My badaliśmy z Jasiem brzeg, Ag z Misią leżały na kocu, jedna w cieniu, druga na słońcu. Korzystaliśmy z chwil spokoju, obserwowaliśmy świat, patrzyliśmy w krystalicznie czystą wodę i podziwialiśmy pływające tam ryby.

Patrzyłem na te pomarszczone skały, wyglądały jak linie papilarne na ludzkich palcach, zmęczone słońcem, wiatrem, solą morską trwały. I ja tam trwałem leżąc, odpoczywając. To słońce dawało się we znaki. Nic mi się nie chciało, leżałem. Później przychodził wieczór i robiło się pusto, cicho. Nagle Manarola była miejscem dla lokalsów i dla nielicznych, którzy mogli tu zostać. Warto to zaznaczyć. Lokalna baza noclegowa jest niewielka i większość turystów po szóstej znika. Robi się cicho, romantycznie. Kolory domów są bez zmian, za to ulice zyskują wiele w tej ciszy, w tym spokoju. Spacerowaliśmy więc wieczorami, niewiele mówiąc, tylko Jaś zadawał pytania, męczył się w tych różnicach wysokości. Po pytaniach przychodził czas marudzenia. Mimo to czuliśmy się dobrze, odpoczywaliśmy. Otoczenie wyciszało.

IMG_3746

W tej ciszy i upale czułem się w końcu dobrze. Po pobycie nad komercyjnym jeziorem Garda tutaj odżywałem, czułem to za co zawsze Włochy kochałem. Za tę atmosferę, historię, która bije z murów, za kameralność w tym efektownie romantycznym labiryncie uliczek. To wszystko dostawałem w jednej z pereł turystyki włoskiej i to w szczycie sezonu. Czy to możliwe? Czy to tylko licencia poetica? Pamiętam poranki, kiedy słońce nie rozgrzewało jeszcze miasta, wzgórza dawały więcej chłodu niż ciepła, szedłem pod górę do auta zaparkowanego za miastem. Towarzyszyła mi cisza, parking dla turystów był pusty. Na kamieniach na poboczu wygrzewały się jaszczurki. Później siadaliśmy na tarasie i z góry patrzyliśmy idących tą drogą z góry, z parkingu turystów wyposażonych w aparatach i aktywny instrument głosowy. Cisza znikała, nastawał dzień, żniwa dla lokalnych sklepikarzy i restauratorów.

I tak pamiętam Manarolę, jako miejsce kameralne. Jako ciąg romantycznych uliczek zakończonych wybrzeżem z szafirową wodą. Acha i ze wzniesieniami, na których pociłem się w słońcu niemiłosiernie. I tak powoli wracam do pierwszych zdań tego wpisu. Manarola to przede wszystkim kolorowe domy, klify na ich zakończeniu i turyści. Tak to wygląda w stereotypie. Dlatego podróżuję i łapie własne perspektywy. Mój świat i moje oczy, moje smaki i zapachy. I moje zdjęcia, i wspomnienia. Kocham podróż, niekończące się odkrywanie miejsc i ludzi, uwielbiam patrzeć na swoją rodzinę i na to jak oni to odbierają. Poniżej nasze zdjęcia, kilka kropel świata w naszej perspektywie.

IMG_3637ManarolaIMG_3744IMG_3780IMG_3749IMG_3722-2IMG_3770IMG_3673IMG_3758IMG_3745IMG_3790IMG_3612IMG_3794IMG_3802IMG_3807IMG_3820