Dochodzi północ, wychodzimy na dach, a tak naprawdę na taras, który znajduje się na dachu hotelu w centrum Madrytu. Ciepło dość, przyjemnie, pomimo pory rozgrzane mury powoli rozstają się z ciepłem zgromadzonym w ciągu dnia. Taras o tej porze to najlepsze rozwiązanie, jeśli już planujesz bycie w hotelu, a nie na ulicach miasta. Sam pokój jest mały, z 10 metrów, jeśli włączysz klimatyzację to cię zmrozi, jeśli ją wyłączysz to ugotujesz się. Nie dziwią więc zajęte stoliki na tarasie. Obok nas, przy sąsiednim siedzi recepcjonista, na oko Niemiec tureckiego pochodzenia. Siedzi z trójką hotelowych gości, Niemców, na stole otwarty Bombay Gin, recepcjonista bierze butelkę w ręce i rozlewa sobie i gościom, zagaduje po niemiecku. Nie rozwodzę się nad profesjonalizmem pracownika hotelu, myślę, że to jest po prostu Hiszpania, nieważny jest rodowód, wszystko staje się względne. Siedzą tak, my obok przy drugim stoliku z otwartą puszką coli, zapalam papierosa i patrzę w gwiazdy. Z gwiazd wzrok ześlizguje się ponownie na Niemców, dwóch facetów, jeden typowo enerdowski, na twarzy wąs, w talii wyraźnie zaznaczony brzuch, drugi młodszy, bardziej hipsterski z urody, raczej milczący typ, który ma w zwyczaju puentować wymiany zdań pozostałych osób. Obok nich jest jeszcze dziewczyna, ładna, młoda blondynka o typowej dziewczęcej urodzie, dzięki której wygląda na maksymalnie dwadzieścia kilka lat. Męska część stolika co chwilę patrzą z apetytem na swoją koleżankę. Czy komuś dziś dopisze szczęście? Noc, ciepła hiszpańska noc jest tłem. Wstaję wyglądam za balustradę i patrzę na centrum Madrytu, wychylam się w prawo i widzę głośną w dzień Gran Via. O północy Madryt żyje, z ulic dobiega gwar rozmów przerywanych śmiechem, pomimo, że dziś środa to ulice są pełne. To lubię w Hiszpanii, że noc późno się kończy, tak samo jak późno przychodzi poranek.

***

Upał. W Hiszpanii latem stan permanentny, który trzeba zaakceptować lub po prostu tu wtedy nie przyjeżdżać. Siedzimy w tej hiszpańskiej stolicy, na środku niczego, na środku piasku, skałek i krzaczków. Kastylia. Próbujemy zobaczyć to co zobaczyć po prostu wypada. Puerta del Sol, Plaza Mayor, Catedral de la Almudena, pałac królewski itd. Przechodzimy od cienia do cienia, od miejsca w miejsce. Zaliczamy, odhaczamy, staramy się łapać powietrze. To są ładne miejsca, nie da się zaprzeczyć, ale w taką pogodę subiektywnie ładniej wydaje się być w tapas barze z widokiem na katedrę. Zaopatrujemy się w napoje, zagryzamy oliwką, kanapką. Siedzimy w bezczynności, nie mówimy nawet za wiele. Łapiemy oddechy.

Jeśli nie tapas to szukamy parku, a z tym problemu nie ma, Madryt ma wiele zielonych połaci. Zaszywamy się to w Retiro, to w Debodzie, to w malutkim Jardines de Sabatini lub dla kontrastu w ogromnym Casa de Campo. Te parki to chyba antidotum na ten pustynny skwar spotęgowany miastem. Cień, zieleń, woda i trawniki, tam czujemy się najlepiej. Leżymy w cieniu palmy, robię Ag zdjęcie za zdjęciem, wygląda cudownie, patrzę na zdjęcie i mówię, że wrzucę w sieć, bo wygląda na nim tak dobrze, że każdy powinien ją zobaczyć, że każdy powinien docenić, mówię, że dumny jestem mając ją przy swoim boku, że nosi drugie moje dziecko. Ag protestuje. W sieć idzie zdjęcie palmy i jakichś anonimowych Hiszpanów z tekstem wakacje w mieście. Faktycznie w parkach czujemy się jak na wakacjach, wychodząc jednak na ulicę, czar wakacji pryska. Jest jakieś napięcie, wyczuwalne w powietrzu, które nas blokuje na odprężenie, jakaś atmosfera, która powoduje, że czujemy się jakbyśmy zostali w Warszawie, a nie wyjechali parę tysięcy kilometrów dalej. Czujemy się jakby to było miasto do pracy, nie do odpoczynku (choć jest gdzie odpocząć), ludzie zachowują się tu szybciej niż w innych częściach Hiszpanii. Urok stolicy.

Nie trafiła nas strzała miłości do Madrytu, lepiej czuliśmy się w Toledo, Walencji czy Andaluzji. Tutaj byliśmy. Zobaczyliśmy. Zaliczyliśmy kilka nowych smaków. Przywieźliśmy pamięć najlepszych krewetek z mango i awokado jakie w życiu jedliśmy. Niewiele więcej (choć miasto potrafi być ładne). Pomimo braku miłości od pierwszego spojrzenia to tu wrócimy. Trzeba zobaczyć Prado, które nie chcieliśmy zwiedzać po łebkach. Wrócimy i wynajmiemy auto i pojedziemy w głąb kraju. Pojedziemy przed siebie w donkiszoterską podróż po La Manchy, wylądujemy w Portugalii, wrócimy wybrzeżem do Hiszpanii. Wczujemy się w klimat Madrytu i jego okolic (a te wydają się bardzo interesujące) i napiszemy o tym tekst. :)

Przywieźliśmy również wiele zdjęć, a propos nich jeszcze jedna historia. Pierwszy dzień, wieczór, siadamy niedaleko wejścia do metra stacji Chueca. Zamawiamy kalmary i rozpoczynamy rozmowę i obserwację okolicy. Och!, ta hiszpańska czy włoska atmosfera, kiedyś siedzisz i patrzysz, pijesz espresso lub wino, w zależności od pory dnia, uwielbiamy to. Siedzimy w świetnych humorach, plac pełen ludzi, większość stolików zajęta. Koloryt ludzi wokół. Spokój. W pewnym momencie podchodzi do nas kelner i zaczyna po hiszpańsku do nas mówić. Prosimy go o angielski lecz nie reaguje, no tak, nieważne, że jesteśmy w stolicy, Hiszpania rządzi się swoim prawem, angielski nie jest tak powszechny jak w innych krajach. Przechodzimy więc do kalamburów. Zaczyna coś nerwowo tłumaczyć, pokazywać na mnie, na stolik, na aparat, patrzę na niego, początkowo nie rozumiem, Ag mi tłumaczy, że chodzi o to aby schować aparat, zabrać go ze stolika, bo kradną. Odzwyczailiśmy się od takich zachowań w Europie, w Unii, jednak Madryt jest inny, ma spore bezrobocie, dużo emigrantów, duży odsetek biedy, który mieliśmy okazję poobserwować. Mimo wszystko czuliśmy się bezpiecznie.

Wkrótce więcej zdjęć.

Zobacz drugi wpis z Madrytu

Sprawdź również wpis o Toledo.

MadrytMadrytMadrytAgMadrytAgMadrytAgAgMadrytMadrytMadrytMadrytJaRealAgMadrytAgMadrytMadrytMadryt