Ok. Słońce wstaje, patrzymy za okno i w przeciwieństwie do wczoraj widzimy błękit nieba i pięknie oświetlone ulice. Prysznic, poranny rytuał. Po chwili lądujemy w przyjaznej knajpce na rogu, prowadzonej przez Hiszpana czy Szwajcara, a może pół na pół, tak czy siak w stylu hiszpańskim. Siadamy, zamawiamy (o zgrozo) angielskie śniadanie. Obsługuje nas właściciel. Przynosi kawę i dostrzega aparat. No i zaczyna się. Siada z nami, wypytuje o sprzęt, pokazuje swoje zdjęcia na aparacie, rozpoczyna się rozmowa. I tak mija nam parę ładnych minut. I ja znów w tych szczegółach przypominam sobie Dym i sklep z tytoniem. Tych analogii jest wiele i brodzę w nich, zagłębiam się w nie niczym Gombrowicz. Patrzę na portrety wykonane przez Hiszpana, które to on mi pokazuje na swoim iPhonie. I ten błysk w oku i pogoda za oknem! No więc, wchodzisz do knajpy i rozpoczyna się rozmowa, pomimo, że widzi nas pierwszy raz, jak w sklepie z tytoniem, później zdjęcia, jak w sklepie z tytoniem. Gdzie to dalej zajdzie?

 

Całe szczęście przychodzi śniadanie i później już spacer po mieście. Gdzieś tam dalej rozkoszując się plastyką Nothing Hill odpływam po raz kolejny na stoisku ze starymi aparatami. Później wchodzę do All Saints i widzę ścianę maszyn do szycia i przypomina mi się Tate Modern, a po chwili wchodzimy do jakiejś małej galeryjki ze świetnym obrazem nawiązującym do jednej z okładek Vogue’a i zakochuję się w płótnie. Z drugiej strony patrzę na cenę i widzę osiem tysięcy funtów, więc Ag ciągnie mnie za rękę i mówi: chodźmy już, chodźmy. Tym samym lądujemy w okolicy Tower i gdzieś w dokach pałaszujemy obiad, popijając kawą.