Ok. A więc na chwilę przenieśmy się do Nowego Jorku, w świat Paula Austera. Przypomnijmy sobie klimat, rozmowy, całą ciecz, którą autor co książka nam wtłacza. Po krótkim ćwiczeniu wracamy do Londynu. Czy da się porównać oba miasta? Na pewno klimat Austerowski gdzieś tam mi brzęczy w głowie, gdy wspominam niedzielne przedpołudnie w okolicach Tower, później przenosząc się w kierunku doków. A nawet wcześniej byłem tego bliżej będąc na Queensway czy Southbanku.

 

Do czego dążę? Aby zapomnieć o feerii barw i spojrzeć na to wszystko przez czarno-białą klatkę. Przypomnijmy sobie Dym i historię jednego kadru. Zaparzmy kawę (choć Londyn nie jest typowo kawowy), zapalmy (powiedzmy), odtwórzmy kilka historii – jak był już Auster to dorzućmy jeszcze Jarmuscha. Mimo wszystko nie wiedzieć czemu ląduję znowu w Londynie. Interesujące jest to z dwóch powodów, oba banalne, obaj autorzy pokazują Stany, drugi – w Stanach to ja nigdy nie byłem.

 

Dobra, a teraz skąd to skojarzenie?