Po pierwszych kilometrach już tam, na miejscu, przypomniałem sobie jedno z opowiadań Iwaszkiewicza. Tam też były brzozy, też był las, tylko okoliczności inne. Buchnęła para z ust, przeszły przeze mnie drgawki. Jednak minus dwadzieścia to nie przelewki.

A więc tak – słowo się rzekło – miało być 12 wyjazdów w Polskę w 2012r. Licząc Wzgórza Dylewskie to jest wyjazd numer 2. Fakt, że pogoda zaskoczyła In minus, gdzie to stwierdzenie bierzemy dosłownie.

Wracając do Borów Tucholskich. Ósma rano, spacer. Nie wiem gdzie zostawiłem rękawiczki, wyszedłem więc bez nich. Mróz trzeszczy, rześko jakoś, przeszło przez głowę. Słońce powoli wychyla się ponad drzewa. A tych jest tu pod dostatkiem.

Nie wiem co bardziej zajmujące – drzewa czy wszechobecne zimno? Po piętnastu minutach dłonie zaczynają dawać o sobie znać. I pomimo, że myśli się dobrze, jak to na powietrzu, to chłód powoli wkrada się pod ubranie. Mięśnie ud sztywnieją.

Drzewa. Tysiące drzew. Aleje różnych gatunków, zwarte szeregi wrót natury. Idąc tak, możesz napotkać daniele, sarny i inne średniej wielkości ssaki. Zwierzęta żwawym, pełnym gracji krokiem rozgrzewają stawy, mknąc przed siebie. Pewnie też z myślą aby nie zastygnąć, aby ten chłód ich nie dopadł.

Byliśmy tam cztery dni. Drugiej nocy zamykając oczy widziałem już tylko drzewa. Zastępy drzew pilnujących by nadal był tu spokój. I dobrze, bo po to tam pojechaliśmy. W pokoju było ciepło, pewnie o pięć stopni więcej niż w naszym warszawskim mieszkaniu.