Spaceruję po tym okolicy jakby żywcem przeniesionym z Lema. Po okolicy, która dała się poznać jako ta która ma ogromną moc. Energia ukryta w niej wielokrotnie dała się poznać mieszkańcom miasta. Dziś króluje spokój.

 

Wyobraź sobie rzekę, która zalewa miasto. Brud spływa wraz z mieszkańcami. Są ofiary, na wodzie unoszą się martwi ludzie, podmokłe mury przyjmują kolejną falę miejskiego syfu. Stare miasto tonie. Metropolię opanowuje chaos, po ulicach biegają szczury. Nie po raz pierwszy jest źle. Miarka się jednak przebrała, jest rok 1956 i to jest ostatni raz kiedy to Turia zalewa Walencję.

 

Pozostało jedynie koryto i kamienne mosty. Koryto zarasta roślinnością. Powstają parki, budynki powstają i dziś stąpam po dziewiczym, futurystycznym terenie. Zachodzi słońce, na ławkach grupki znajomych cieszą się wolnością i młodością. Chodnikami biegną zmęczeni dniem pracownicy biurowców z centrum. Na uszach mają słuchawki. Teren, który wcześniej męczył mieszkańców dzisiaj służy regeneracji.

 

I czuję się jakbym jednak się przeniósł w nieco inną galaktykę. W mojej głowie gra Bjork. Przyciąganie ziemskie zelżało, a każdy krok stał się bardziej skoczny. Osiadam na jedną z ławek i otwieram wrota pamięci. Szukam tam bohaterów książek sci-fi, z nadzieją zerkam na miejskie arterie ulic i szukam tam poduszkowców. Zaciągam się tym klimatem, pyłem przyszłości i wiem, że tak powinno być.