Spacerowaliśmy plażą, praktycznie pustą plażą miejską w niewielkiej miejscowości nieopodal Walencji. Niedziela, południe, ponad dwadzieścia stopni. Szum fal walczących o jak największą połać plaży. Bezchmurne niebo, które powodowało stan trwania, stan bez zmian, ciągła niebieskość. Staliśmy przy płotku oddzielającym nas od wody, na molo. Patrzyliśmy w przestrzeń, gdzie błękit nieba przechodził w błękit wody. Byliśmy szczęśliwi, szczęśliwi i młodzi. Wiedzieliśmy, że zaraz wybierzemy jakieś miejsce by siąść i zjeść. Nasyciliśmy już wzrok, złapaliśmy atmosferę miejsca, czas dalej karmić duszę i ciało, tym razem jedzeniem. Byłem pewny tego gdzie pójdziemy. Od razu zauważyłem to miejsce, do którego specjalnie przyjeżdżały auta, całe rodziny. Wiedziałem, że jeśli jadą dziesięć minut z centrum tutaj i idą prosto do restauracji to ta restauracja musi być dobra. Szczególnie, że prawie wszystkie miejsca były zajęte.

Weszliśmy. Wzięliśmy menu. Było drogo. Drogo jak na nasz ówczesny portfel. Wyjdźmy, zjedzmy, gdzieś gdzie będzie taniej. Zaczęła Ag. Ona też lubi dobrze zjeść, ale czasem przeraża ją to ile trzeba za to zapłacić. Ja za to jestem, ten co przekracza granice. Zostańmy, proszę, coś czuję, że nie będziesz żałowała. Zostaliśmy. To było sześć lat temu. Nadal pamiętamy co jedliśmy i że było to obłędne. Pamiętamy jak zostało podane. Pamiętamy uśmiechy na naszych twarzach i to, że byliśmy szczęśliwi. Szczęśliwi niezwykle, jak można być tylko wtedy, kiedy się wzruszasz, bo jedzeniem można się wzruszać i tego dnia tak było. Zamówiliśmy set owoców morza. Na naszym stole wylądował garnek z ośmiornicami, po chwili inne naczynia ze stworzeniami, których nazw nie znam lub nie pamiętam. Saute, w pomidorowym sosie, w oliwie z czosnkiem. Och, to była uczta. Miała miejsce sześć lat temu i o ile pierwszą część sprzed restauracji pewnie odrobinę zmyśliłem, to drugą z restauracji pamiętam wyraźnie. Dlatego zawsze każdemu powtarzamy – jedziesz to nie oszczędzaj na jedzeniu. Możesz na wszystkim, ale nie na tym. Bo to pamiętasz, dłużej niż Ci się wydaje.

Madryt

Wiele razy w życiu słyszałem, że ktoś pojechał gdzieś i było fajnie, ale żeby oszczędzić wziął jedzenie ze sobą, bo na miejscu drogo. Albo, że nie wziął ze sobą, ale kupował w markecie najtańsze żarcie. Super stary. Naprawdę nie wiesz co tracisz. W sumie nie powinno mnie to obchodzić, to nie moje życie, nie moje wspomnienia, a jednak czuję smutek, bo mam w sobie coś takiego, że chciałbym aby każdy doświadczał dobrych, miłych zdarzeń. Wtedy przecież jest bardziej szczęśliwy w życiu. A jak ludzie są bardziej szczęśliwi to koniec końców są też milsi dla Ciebie. Znika frustracja. Jest uśmiech, a uśmiech to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy jaką możesz otrzymać od przechodnia czy pani w sklepie. Oczywiście ten szczery uśmiech, a nie ten wyuczony.

Czasami przywozisz smak, czasami chwilę lub moment, podczas którego jedzenie odgrywało ważną rolę. Z każdego miejsca przywieźliśmy kulinarne wspomnienie. Ze śniadań pamiętam dwa. Jedno w Piranie w Słowenii. Codziennie wyglądało podobnie. Rano szedłem do lokalnej piekarni. Stałem w długiej kolejce po to by kupić pieczywo, ale przede wszystkim poticę. To takie ciasto, drożdżówka (strudel?) z orzechowym nadzieniem. Siadaliśmy zawsze na tej samej ławce przy samym morzu. Rozkładaliśmy przysmaki z piekarni i jedliśmy. Półroczny wtedy Jaś, leżał obok nas w wózku, a my smakowaliśmy to pyszne nadzienie, smakowaliśmy zapach morza, chłonęliśmy słoweńskie wybrzeże już od śniadania.

Drugie śniadanie to Paryż. Początek zawsze jest taki sam. Wychodziłem rano po świeżą bagietkę i kawy na wynos z pobliskiej piekarni. Później siadaliśmy przy stole z Anią i Pierrem. Bagietka, prosciutto, pomidory, kawa, czasami bagietka tylko z masłem. W żadnym innym miejscu to śniadanie mi tak nie smakowało jak tam. Może to przez to ich słone masło, a może ich lokalne bagietki są po prostu smaczniejsze? Nie wiem. Próbowaliśmy to odtworzyć w Warszawie. Kupowaliśmy importowane masło, szukaliśmy odpowiedniej bagietki. Nigdy się nie udało. Myślę, że chodziło o to, że to było tam. To śniadanie jest proste, ale za każdym razem przyjemnie się wzruszam jak o nim myślę.

Egina

Obiadów i kolacji jest mnóstwo. Pisząc ten tekst mam w głowie chyba kilkanaście takich, które chciałbym opisać. A jeszcze w tej chwili przypominam sobie kolejny posiłek, który warto byłoby przytoczyć. Jak myślę o Paryżu to przypomina mi się wspaniała kolacja w restauracji, gdzie kot z parapetu zaglądał nam w talerze. W Walencji odkryliśmy niesamowitą włoską restaurację, gdzie Ag jadła czarny makaron. Od sześciu lat tęskni za tym smakiem, wszędzie szukając podobnego wrażenia. Póki co bezskutecznie. Myśląc o Grecji od razu mam w głowie dwa miejsca, gdzie jedliśmy tak, że mieliśmy gęsią skórkę. Dwa zupełnie różne miejsca. Jedno to restauracja z gwiazdką Michelin, w fatalnej lokalizacji. W jednym z brzydszych miejsc Aten. Ulokowana w jakimś nowoczesnym biurowcu, naprzeciwko wielkiego sex shopu. Pamiętam stamtąd dwa smaki. Smak zmielonego ogona byka oraz jadalnej ziemi. Drugi obiad to obiad na wyspie, na Eginie, gdzie sami wybieraliśmy ryby i owoce morza, które później wylądowały na naszym stole. Były prawie nie przyprawione, były przepyszne. Siedzieliśmy tam w czwórkę, ze Stasiem i Anią, i był to cudowny obiad, taki który w pamięci jest wśród tych najmilszych chwil.

Pamiętam Szanghaj i restaurację, gdzie czekaliśmy godzinę przed drzwiami aż zwolni się miejsce, specjalizowała się w kuchni syczuańskiej. Wiedzieliśmy od Kasi, kuzynki Ag, która tam mieszka, że warto czekać. Zamówiliśmy kilkanaście dań i wspólnie je jedliśmy. Ja naprawdę nie wiem co jadłem, wyglądało obłędnie, smakowało tak samo. Jedyne do czego trzeba było się przyzwyczaić to do sąsiadów, którzy jedzą w specyficzny sposób (to nawet temat na więcej niż akapit). W ogóle przeżycia kulinarne w Azji należą do tych, które zapamiętuje się na dłużej. Ich kuchnia jest zupełnie inna niż nasza, podobnie produkty. Nadal mam wrażenie, że te importowane, dostępne w Polsce są innej jakości i nie da się niektórych dań powtórzyć. Nigdy nie jadłem tak dobrych owoców w daniach jak na Filipinach (nawet prymitywna pizza hawajska na Filipinach urosła w moich oczach do dzieła kulinarnego, ze względu na przepysznego ananasa). A tamtejszy sok z mango jest najlepszym sokiem jaki piłem. Piłem go później w Chinach czy Tajlandii, ale to już nie było to samo.

Ag

To jest coś wspaniałego, coś po co się żyje. Doświadczenie radości, czerpanie energii ze świata. Jedziesz gdzieś, zwiedzasz, jesz, spędzasz chwile, które dają Ci siłę na kilka miesięcy życia. Pamiętasz o nich jeszcze wiele lat po ich doświadczeniu, a wspominaniu ich zawsze towarzyszy uczucie szczęścia i radości. Brakuję mi słów by o opisać to lepiej. Chodzi mi o jedno. Czasami nie warto myśleć zachowawczo, o pieniądzach, czasie, kaloriach. Czasami warto po prostu wejść w życie i czerpać z niego. Jedz i ciesz się, jedz i później wspominaj. Świat staje się wtedy lepszym miejscem.