A więc albo jest w Tobie małe dziecko, albo nie. Środa, wracasz do domu z pracy, Ag z dziećmi spakowani, Ty robisz to samo. Jeszcze tylko jedna połowa meczu, abyś wiedział, że nie ma czego żałować, że trzeba jechać i nie ma co się w tym zatrzymywać. Dochodzi dziesiąta wieczór, dwudziesta druga. Odpalam auto, wyruszamy.

Później z trasy przypominam sobie dwie chwile. Pierwsza ma miejsce po północy, sześćset kilometrów za nami, dojeżdżamy do Berlina, zaczynam slalom przy stu osiemdziesięciu kilometrach na godzinę. Sen klei oczy. Sen zabiera życie. Przymykam oczy na pół sekundy, może na sekundę. Otwieram wystarczająco szybko aby odbić w prawo i nie wjechać na barierkę. Chwilę później zamykam oczy na parkingu i śpię ponad godzinę.

Za stary jestem na to aby jechać bez odpoczynku po pracy tysiąc kilometrów. To już nie ta regeneracja, a ja nadal próbuję. Ta wolność we mnie nie pozwala odpuścić (niewolnik samego siebie), każe dalej jechać, poddawać się marzeniom. Z drugiej strony mieszka to dziecko, które naiwnie wierzy, że dojedziemy i że jest to odpowiedzialna decyzja. Czy jest?

Drugi moment to szczypanie policzków za Hanowerem. Uderzanie dłonią w twarz, pobudzanie się, śpiewanie, mówienie do siebie. Dzieci i Ag śpią, a ja walczę sam ze sobą aby nie odpłynąć. Znowu postój i sen. Piętnaście minut. Wystarczająco aby dojechać do celu.

To dziecko we mnie siedzi i każe jechać przed siebie. To dziecko powoduje, że pokonuję z rodziną tysiąc kilometrów, aby zabrać siebie i Jasia do parku rozrywki. Na miejscu budzi mnie adrenalina. Nie pamiętam nocy, nie pamiętam trasy, widzę wyzwania kolejek i innych atrakcji. Jaś skacze z radości, Misia bije brawo. Heide Park. Spędzamy tam wspaniałych osiem godzin po dziesięciu godzinach trasy. Po wyjściu z parków wszyscy jesteśmy pewni, że warto było.

IMG_1938IMG_1975IMG_1933IMG_1949IMG_1918IMG_2003-2IMG_1932IMG_2004IMG_1993IMG_2034IMG_2072IMG_1988