Dość szybko po przyjeździe zrozumiałem, Afryka w wydaniu Republiki Południowej Afryki, a tak naprawdę w wydaniu jej południowozachodniego wybrzeża ma niewiele wspólnego z moim wyobrażeniem tego kontynentu. Nie jest to dziki, biedny region, z dominacją piaskowych dróg. Nie jest to kraina czarnoskórych i sawann, na których pasą się antylopy. RPA w okolicach Kapsztadu przypomina raczej Nową Zelandię albo Australię. Tak mi się chociaż wydaję, bo nigdy nie byłem w wymienionych krajach.

Jak się tu znaleźliśmy?

Przylecieliśmy porannym lotem z Johannesburga. Zbudzeni nagle, przetransportowani szybko na lotnisko, łapaliśmy jeszcze w locie te drobne minuty snu, aby mieć siły najbliższe dni wypełnić w pełni Afryką. Obaj ze Stanisławem mieliśmy w sobie mecz w Amsterdamie i nocny spacer po tym mieście, kilka godzin snu, jedenaście godzin lotu do Johannesburga, dwie butelki wina w tamtejszym Bed and breakfast, kolejne cztery godziny snu i dwie lotu do Kapsztadu. W uszach jeszcze tętnił wieczorny dźwięk cykad. W końcu jesteśmy, dotarliśmy tutaj. A więc Afryka..

Przyjechaliśmy na zaproszenie. Ja tak naprawdę na zaproszenie Stanisława, on zaś przyjechał do swojej siostry, do winnicy. Jednej z podobno lepszych w tym regionie. Regionie całkowicie opanowanym przez producentów wina. Praktycznie każde możliwe zbocze z licznych tutaj gór jest porośnięte krzewami winogron, podobnie pola. Nie ma więc sawann, są zielone góry, zbocza pełne krzewów, pola winne jakby żywcem przeniesione z Toskanii.

Nasz dom

De Grendel. Winnica i posiadłość, kilkanaście kilometrów od centrum Kapsztadu, z jedną z najlepszych restauracji w mieście, posiadająca 800 hektarów pól, produkująca wino i owoce, zajmująca się hodowlą koni, bydła, antylop i kilku innych gatunków zwierząt. Zatrudniająca tysiące. Imponująca posiadłość, jedna z wielu posiadłości białych w RPA, trzeba jednak przyznać, że jedna z bardziej imponujących.

Zamieszkaliśmy tam. W mieszkaniu nad stajnią. Rano słyszeliśmy rżenie koni, kopyta uderzające o posadzkę. Te dźwięki oznaczały poranek, porę by wstać i wyjść zwiedzać dalej. Wyjść na słońce, na te trzydzieści stopni, w otwarte niebo, na którym nie było żadnej ochrony w postaci chmur.

Jaki jest Kapsztad?

Lecz nim przyszła pierwsza noc, nim pierwszy raz usłyszeliśmy rżenie konia to był przed nami pierwszy dzień. Plan był prosty: Góra Stołowa oraz Przylądek Dobrej Nadziei. Przy okazji spojrzenie na Kapsztad.

Góry stołowe

Kapsztad to miasto przekłute żywcem z innego kontynentu, odczuwalny jest tu klimat większości kolonii europejskich, szczególnie tych niderlandzkich i brytyjskich. Cała architektura to adaptacja stylu znanego z Holandii czy Anglii.  Nigdy nie byłem w Australii, lecz czuję, że tam musi być podobnie. Wiedziałem od tych co tu wcześniej byli, że to bezpieczne miasto, że to enklawa białych, że jest pięknie. Brałem więc pod uwagę, że oczekiwania powinny być stonowane lecz nie spodziewałem się, że biali odcisnęli tu aż takie piętno, że Kapsztad równie dobrze można byłoby przenieść do Australii czy też Kanady i nikt by się nie poznał, że to afrykańskie miasto. Z drugiej strony Kapsztad nigdy afrykańskim miastem nie był, założyli je europejczycy i trzeba je traktować jak europejski punkt na mapie Afryki, bo takim właśnie jest.

Kapsztad

Kapsztad jest ładny, czysty, z szerokimi ulicami. Położony nad wodą, osłonięty zewsząd wzgórzami. Nie dziwię się, że europejczycy, którzy tu przyjechali postanowili zostać. Nie dziwię się, że sprowadzili rodziny i się osiedlili. Klimat jest łagodny, miasto zaś otoczone z jednej strony górami, z drugiej oceanem. Jedyne co doskwiera to wiatr. Ten się panoszy wszędzie i nie zważa na to, że białych powinno otoczyć się szacunkiem, specjalnym parasolem ochronnym. Nie zważa na to i ma rację, bo człowiek to człowiek i każdy od natury powinien dostać tyle samo. Choć z drugiej strony to wiatr był sprawcą powstania miasta, tu wieje i wiało najmniej w okolicy, tu wzgórza jednak chronią i mocne podmuchy są tylko na otwartej przestrzeni. Przekonaliśmy się o tym wkrótce, gdy wyruszyliśmy na kolejką na Górę Stołową czy chwilę później na przylądek.

Góra Stołowa

Góra stołowa

 Góruje nad miastem, jest jego symbolem. Widoczna z praktycznie każdego miejsca w mieście. Intrygująca na tyle, że pomimo, że wiesz co cię czeka, to na nią wjeżdżasz. Nie wiem czy to było dobre rozwiązanie, bo na miejscu jest tylko widok na miasto i ocean, i wiatr. Silny i nieustępliwy powód powstania Kapsztadu, miasta u stóp Góry Stołowej.  A widok jak z każdej góry nad miastem. Miły lecz zbędny. Jedyne co było potrzebne to ten wiatr, po to aby zrozumieć przed czym skryli się holenderscy żeglarze, których los rzucił na południe Afryki. Po to aby zrozumieć dlaczego wybrzeże nazywane było i jest przylądkiem sztormów.

Stanisław

Góry stołowe

Cape Point i Przylądek Dobrej Nadziei – miejsce, które trzeba zobaczyć

Ta trasa jak i samo miejsce to miejsca szczególne, miejsca, które już się wkradły do mojej głowy do szuflady wspomnień niezwykłych. Jedziesz więc na południe, na jeden z krańców Afryki. Droga wije się po klifach, z jednej strony kończy się wysoką skałą, z drugiej przepaścią. Przepaścią pociągającą, bo widok z niej w dół prawie przez całą drogę jest oszałamiający. Strzeliste skały, turkus wody, wielgachne fale rozbijające się o kamienie, pingwiny przycupnięte gdzieś do miniaturowych wysepek, zatoki, no i niebiańskie plaże w kolorze mąki, z piaskiem będącym mikroskopijnymi muszelkami. To robi wrażenie. Co chwilę zatrzymujemy auto, aby chwilę popatrzeć, nacieszyć wzrok widokiem, nacisnąć spust migawki i koniec końców ruszyć dalej, by za kilkaset metrów ciąg czynności powtórzyć.

Hampton's Peak

IMG_6914

Jedno co nie daje spokoju, czy to Afryka czy Skandynawia? Gdzie czerwona ziemia, charakterystyczne dla Afryki drzewa i sawanna? Gdzie suchość powietrza? Tutaj jest wilgoć, chłód wiatru znad oceanu, kolory i krajobraz bardziej nordycki. Nawet powietrze ochładza się, aby móc przyjąć orki i pingwiny. I tylko nagle gdzieś na polu koło drogi przemyka zebra czy antylopa. Jedyny znak, że nie zwariowałeś, że faktycznie jesteś na czarnym lądzie.

IMG_6923

Dojeżdżamy wreszcie do miejsca, gdzie droga się kończy. Dalej pozostaje wjazd kolejką lub trekking. Szczerze mówiąc my nie mamy nawet wyboru, jest na tyle późno, że kolejkę już zamknęli. Idziemy więc ścieżką ku Przylądkowi Dobrej Nadziei.

ciąg dalszy wkrótce