Powinienem był zacząć od hymnów pochwalnych na cześć życia i tego jaki cud piękna jest w każdej jego cząsteczce. Jednak nie zacznę tak, gdyż byłoby to tendencyjne i mało odkrywcze w moich ustach. Choć fakt faktem powinienem był. Niech zostanie więc wzmianka na wstępie o tym przemyśleniu.

 

Och, dzisiejszy dzień był dwuczęściowy, niemal jak kobiecy strój na plażę. Zresztą obie części kryły w sobie niesamowite piękności! A zaczęło się tak. Po poranku, pierwszych znajomościach z podróży, wyruszyliśmy. Jako, że Wisła i nie było nic o Małyszu to czas to nadrobić, więc skocznia. Potem Czarne, Istebne i wyjazd do Bratysławy.

 

W tym momencie czas odszczekać kilka słów o Wiśle. A więc im dalej na południe tym piękniej. I wille, i widoki, czasem skocznia, a czasem pałac prezydencki. Podsumowując: ciekawie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A później była Bratysława. Przywitał nas upał, samochodowy termometr pokazał 32 stopnie, miejski 34. Nagrzane miasto przywitało nas zielonymi alejami, ładnym hotelem, bardzo dobrą kawą i niezwykle miło nas zaskoczyło same sobą. Jadąc tutaj zadałem pytanie o Bratysławę kilku osobom, odpowiedzi jakie padały były bez tego zachwytu, którego doświadczyliśmy my. Na pewno pomogła nam w tym pogoda, ale same miasto nawet bez niej myślę, że prezentuje się dobrze. Btw wstyd przyznać, że to pierwsza nasza wizyta w nim. Na pewno nie ostatnia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

12