Jest taki wiersz Tomaza Salamuna o Painted Desert, są książki Kerouaca. Jeżeli kojarzysz o czym piszę to łatwiej jest Ci wyobrazić jaki klimat wtedy był. Nie mam zdjęć jak biegałem jak opętany nago po otoczonym przez mróz lesie. Nie mam bo problem tkwi w tym, że takich myśli nie sfotografujesz. Z drugi strony  – przez lata obrosłeś w tłuszcz i ciężko jest się zmusić do takich ekstrawagancji. Pozostała więc wyobraźnia – och, kochanie jakbym wyskoczył z tego auta i pobiegł nago w ten las!

Czy mróz skrzypiał? Cóż to za pytanie! Skrzypiał, skwierczał jak szalony! Sztywne uda, sztywny podbródek i ta wszechobecna para. Twarde, suche dłonie obejmują aparat. Siedzę na tym mrozie i patrzę w dal, w drzewa patrzę.

Wyobraź sobie, że to był jeden dzień. Zatraciliśmy się z Ag w tej podróży przed siebie. Jechaliśmy ładnych parę godzin, prawie cały czas przez las. Wolno jechaliśmy: 40-50 km/h. Co chwilę był jakiś przystanek. Wysiadałem i patrzyłem na tę drogę – co nam przyniesie?

Ok., w którejś godzinie tej szalonej jazdy przypomnieliśmy sobie o jedzeniu. Nie pamiętam nazwy miejscowości. Pamiętam, że w centrum stał neobarokowy kościół z imponującą wieżą. Miałem nawet myśl aby wejść do niego i zobaczyć co kryje. Gdybym to zrobił, pewnie kolejny raz byłbym rozczarowanym tym, że wygląda jak większość kościołów. Całe szczęście nie wszedłem. Na głównym rynku było parę osób. Gdzieś w tle rozmowa – „Panie, późno jest, już czternasta, niewiele Pan dziś kupi już”. Była sobota.

Kochanie zjedzmy coś, och zabiłbym za ten stek, który wczoraj pałaszowaliśmy w Grudziądzu! Ta miejscowość niewiele nam przyniesie.. I tak sobie toczyłem ten dialog – to z sobą samym, to z Ag.

Jedźmy już, jedźmy!

Więc wsiadłem w auto. Wybraliśmy na najbliższym skrzyżowaniu jeden z kierunków i dalej przed siebie. Nie przeciągając – w następnej miejscowości znaleźliśmy cudowną knajpę z interesującym właścicielem. Przegadaliśmy z nim parę godzin. Ponad rok temu wrócił wraz z żoną z dwuletniej wyprawy dookoła świata. Dwa tygodnie temu urodziła się im córeczka. I tak sobie siedzieliśmy z nim przy kominku pijąc herbatę. Był z Warszawy, ale po powrocie z wycieczki wyniósł się na ten koniec świata, na to odludzie, gdzie prowadzi zajazd, w którym serwują mega fajne eko-posiłki, z dóbr okolicznej natury.