W trakcie ostatnich mrozów zabrałem się za lekturę nowej książki Hugo Badera, w sam raz na pogodę za oknem. Tak mi się skojarzyło, gdy przeglądałem zdjęcia z Borów, bo tych mi jeszcze trochę pozostało. Przypominam sobie o tych kilkunastu jego kilometrach przy minus dwadzieścia pięć, kiedy szedł trzy godziny i nikt się nie zatrzymał. My na szczęście mieliśmy auto. Korzystaliśmy notorycznie. Chód? Pojawiał się również, bo co to za zdjęcia zza szyby?

Generalnie mróz płoszył nowe znajomości, te nieliczne nawiązywaliśmy w knajpkach, hotelu i innych ogrzanych miejscach. Gdzie każdy odtajał, rozcierał dłonie, nacierał twarze i popijał: kawy, herbaty, wino, wódkę i inne napoje. Najciekawszą opisałem w jednym z poprzednich wpisów, pozostałe zaś nie mają tego pierwiastka, który mógłby zainteresować. Pomimo tego zapamiętam kilka szczerych, pomocnych osób. Dzięki, którym przypomniałem sobie jak miło jest otrzymywać życzliwość. Zapamiętam też tego pięćdziesięciolatka złapanego na kradzieży w sklepie, bo pierwszy raz byłem świadkiem takiego zwykłego, mało spektakularnego rabunku jak ten, proszku do prania.

Miało być jednak o tym psim przyzwyczajeniu, o tym jak pies się we mnie włącza, jak zresztą u Badera. Kiedy budzi się w Tobie pies, po prostu wstajesz i ruszasz w nowe miejsce. Ot tak. Ja zaś kreślę plany: przyszły tydzień Zakopane, później pewnie dolina Biebrzy, pewnie również Białowieża. Ale tych dwóch nie mam jeszcze wpisanych dokładnie w kalendarz. Plan na ten tydzień – rozejrzeć się za rowerem – od kradzieży ostatniego minęło już dość czasu, aby zaopatrzyć się w nowy.