Nim zacznę się rozpisywać, dla tych którzy czytać nie lubią nadmienię tylko na wstępie – tak, Bratysława miastem cudownym jest!

 

Po pierwsze jest bardzo zielono. To czego brakuję mi w Warszawie – tu prawie każdej ulicy towarzyszy aleja drzew. Nie jest jednorodnie pod względem gatunków, co jest w tym wypadku atutem. Dodatkowo oprócz drzew dochodzą zakrzewione skwery pełne knajpek z ogrodami. To tak jakby okręg (1km) wokół Placu Zbawiciela sklonować wielokrotnie. Och, cudownie! Co więcej? Budynki, zabytki, rozkład ulic – czyli kolejne elementy, które zabrała nam wojna, a tu zostawiła ku uciesze mieszkańców i turystów. Idąc ścisłym centrum, które patrząc na wielkość miasta jest relatywnie duże (pewnie nawet nie relatywnie też) czułem się chwilami jak we Lwowie, czasem jak w Kadyksie, a jeszcze czasami jak w rumuńskiej Sigishoarze.

 

Tak się zastanawiam, jak najpełniej w kilku słowach scharakteryzować Bratysławę. Mam wrażenie, że przez to, że zawsze była ona na uboczu mogła leniwie się rozsrastać i upiększać. Towarzystwo bogatego Wiednia pozwalało czerpać dobre wzorce, nie będąc jednak w centrum wydarzeń pozostał tu klimat braku pośpiechu. Jest czas aby się zatrzymać napić kawy (oczywiście jest wiedeńska), piwa (wiele lokalnych browarów) czy też po prostu wybrać na spacer nad Dunaj.

 

Jest w tym mieście coś co zachęca aby pobyć tu dłużej. (To samo miałem w Kadyksie). Rano otworzyć okno, wyjrzeć przez nie, popatrzeć jak piękny jest świat, po czym wyjść na ulicę, siąść na śniadanie w ulubionej knajpce, otworzyć notes i pisać, szkicować to miasto słowami. Czuję w Bratysławie takie przyciąganie – zostań tu dłużej, masz tu wszystko czego potrzebujesz: spokój, piękno, urok, smak i rozrywkę.. A jak Ci mało jedź na wycieczkę do Wiednia. Och, pokusa jest silna. Są takie miasta, które wiesz, że do Ciebie pasują, dla mnie Bratysława jest kolejnym z tej serii..