– Macie rezerwację na mieszkanie z jedną sypialnią czy dwoma?

– Chyba z dwoma

– Ale na pewno? Pewnie z jedną.. – patrzy na mnie zdziwiony mężczyzna około trzydziestki, który został przysłany aby wręczyć nam klucze.

– Tak, z dwoma, zobacz – pokazuję mu telefon

– Wow, ale was jest tylko dwoje..

– Zapominasz o dzieciach, one lubią ruch

– Tak, ale wiesz to jest wielkie mieszkanie, u nas się je bierze na siedem osób.

U nas nie. U nas mieszkania są większe. Nie powiedziałem tego. Mieszkanie nam pasowało, siedemdziesiąt metrów. Dwie sypialnie, salon, oddzielna kuchnia, duża łazienka. Tego nam potrzeba. Jaś jest już w wieku (3,5 roku) kiedy ruch jest potrzebny, Misia zaś czasami potrzebuje ciszy. Wszystko jest ok. Do tego okolica, centrum, a przy parku, z rodziną lepiej trafić nie mogliśmy.

Ja i Jaś

Parki

Pierwsze wrażenie na temat Barcelony było następujące: kurort do potęgi. Kiedy wejdziesz głębiej w ulice to jednak poczujesz, że te wąskie przesmyki, otoczone wysokimi ścianami powodują klaustrofobię. Chcą Cię zamknąć w sobie, w lato pewnie dają chłód, pewnie kojąco wpływają wtedy na rozgrzaną skórę. Zimą te same mury powodują niepokój, zabierają słońce, dostarczają chłód, którego akurat teraz nie potrzeba. Tak jest na starówce. Później możesz pójść dalej, dochodzisz do brzydkiej dzielnicy, którą obrał sobie Gaudi, każdy budynek wygląda tak samo, każde skrzyżowanie jest identyczne. The Cube. Błędnik wariuje.

Potrzebne są parki. Potrzebne są po to aby złapać oddech, aby uspokoić umysł, zregenerować się, móc funkcjonować. Z dziećmi szczególnie. Jeśli masz dziecko to znasz parki. Park to dobry przerywnik także dla dorosłego, obserwujesz świat z zielonej perspektywy, w Barcelonie zmieszanej z piaskiem, z kurzem. Chłodny wiatr chłosta Cię po twarzy, ciepłe słońce ją ogrzewa, Jaś biega. Nie wiemy gdzie jest, gubi się nam notorycznie. Oczywiście z naszej winy. To mądry chłopak, wie jak wrócić, a my dajemy mu możliwość wyboru, zawsze. Możesz iść z nami, ale możesz zostać. Żebyś tylko nie płakał. Wybiera rozsądnie. Tylko raz przez cały wyjazd obsługa jednego z komercyjnych parków (Guella) spytała się nas czy to nasze dziecko, bo doniesiono im, że biega taki jeden bez opieki. Nie rozumiem tej troskliwości obcej osoby, Jaś biegał swobodnie, co nie znaczy, że był bez opieki. Akurat wtedy go widziałem.

Misia zwiedza Barcelonę z perspektywy wózka. W ciszy i zainteresowaniem. W parku usypia, bo Jaś jest daleko i jej nie zaczepia. Znajdujemy nawet chwilę aby położyć się na trawie. Zieleń. Spokój. Wakacje.

Jaś

Gaudi

Tak sobie myślę o Gaudim wychodząc z parku Guella, czyli z parku, w którym trudno było nam odpocząć, ze względu na tłumy turystów. Utwierdzam się w zdaniu, że oparcie Barcelony na Gaudim sensu nie ma. Dzisiaj pewnie pracowałby dla Disneya, Pixara lub innego podobnego studia. Czy to jest sztuka? Secesja panie Marku. Disneyland panie alter ego. Tak się poczułem, zupełnie niezawiedziony, opuszczając ten znany park. Park, który trzeba przyznać jest miejscem ciekawym i dość imponującym, lecz imponującym w sposób komercyjny. Imponującym tak jak może być np. wspomniany przed chwilą Disneyland. A więc tak. Sagradę Familię widzieliśmy z okien auta. Nie podeszliśmy. Szkoda nam było czasu. Pojechaliśmy na mecz. Jesteśmy ignorantami. Trudno.

Zwiedzanie jest dla nas bardzo indywidualną kwestią. Znamy miasto z książek i przewodników, później chodzimy mimo wszystko własnymi ścieżkami. Wiemy, gdzie są punkty, które MUSISZ zobaczyć. Patrzymy na nie, częściej jednak zachwycamy się w innych miejscach.

Jaś

Mecz

W Barcelonie czuję się cały czas w kontrze. W kontrze do tłumów i swoich wyborów. W przewodniku głównym autorem, ekspertem do spraw Barcelony jest Zafon, ja zaś Hiszpanię poznawałem poprzez Nootebooma, autora książek nudnych, ale to jego książki przez cały czas siedzą mi w głowie. Pomimo tego, że nie czytałem tam nic o Barcelonie to ten holenderski hiszpanofil cały czas podpowiada mi zdania z tekstów, które popełnił. Ta kontra to nie tylko inspiracje kulturalne, to także posiłki z dziećmi. Byliśmy inni od Hiszpanów, dzieci towarzyszyły nam na kolacjach w restauracjach, my tylko dbaliśmy o to aby nie zakłócać posiłków pozostałym gościom. Wydaje się, że nie zakłóciliśmy.

Espanyol

A propos dzieci to pamiętam zdziwienie biletera na stadionie Espanyolu, kiedy zobaczył półroczną Misię przy bramce. Chyba to nie jest tak częsty widok. Misia, podobnie jak Jaś zadebiutowała na stadionie piłkarskim młodo. Wracając do kontry, to ten mecz sam w sobie nią był. Każdy inny pewnie poszedłby na mecz FC Barcelony, ale mi nigdy nie było po drodze z tym klubem. Jedyny skład, tego klubu, który lubiłem grał 20 lat temu. Później kibicowałem już Valencii.

Poszliśmy więc na Espanyol, szczególnie, że grał z mistrzem Hiszpanii, z Atletico Madryt. Ile to już meczów w Europie wspólnie widzieliśmy z Ag? Ile to już ich widziałem sam? W Hiszpanii to jest drugi raz, za pierwszym był mecz w Sevilli, siedem lat temu, w podróży poślubnej. Jaś zaś zadebiutował na meczu we Włoszech, na stadionie Fiorentiny, notabene brzydkim niemiłosiernie, miał wtedy siedem, może osiem miesięcy. Mecz przespał wtedy. Teraz był bardzo aktywny, choć znudził się samym widowiskiem po dwudziestu minutach, a później skakał, chciał biegać i robić tysiąc rzeczy tylko nie siedzieć w miejscu. Misia debiutu nie przespała, cały mecz słuchała kibiców z zainteresowaniem. A tu muszę przyznać nastąpiło moje zdziwienie, bo akurat w porównaniu z meczami w Europie, na których byłem to tu było głośno. Trybuny reagowały na każde wydarzenie na boisku, reagowały głośno, do tego doping zagorzałych fanów obu drużyn sprawił, że pomimo, że bramek nie zobaczyliśmy to było ciekawie. Kilka tygodni wcześniej byłem w Amsterdamie, na Ajax – Legia, kibiców było dwa razy więcej, a było ciszej, aż mi się nie chce wierzyć, że to piszę.

Rodzina

Morze

Barcelona linię brzegową zaadaptowała, wchłonęła do miasta w sposób pełen gracji. Czuć, że to nieodłączna składowa tego miasta. Pasuje jak ulał, nie wystaje, nie przytłacza, jest po prostu częścią, elementem układanki o nazwie Barcelona. Chodzimy tam, może nie jakoś przesadnie często, ale odwiedzamy morze i w nie patrzymy. Pamiętam sobotę, poszliśmy tam po deszczu. Linia horyzontu, plaża, woda, niebo, wszystko wyglądało świetnie. To było coś jak obraz, jakby ktoś pędzlem pociągnął mocno po płótnie, żółty wchodzący w pomarańcz, turkus, błękit, amen.

Morze

Ostanich kilka zdań

Zaczyna mnie przekonywać Barcelona, tak jak zaczyna mnie przekonywać podróżowanie we czwórkę. Nie zawsze jest lekko, jest wolniej niż we dwójkę, ale odpoczywamy. Wydaję mi się, że nie tylko ja i Ag, ale również dzieci. Poznajemy się wspólnie w podróży jako rodzina. Udaje nam się nawet dobrze zjeść. Jest coraz lepiej. Wpis będzie opublikowany we wtorek, nasz ostatni dzień w Hiszpanii. O tym co się nam podobało w Barcelonie najbardziej jeszcze nie pisałem, przyjdzie na to czas w części trzeciej. Pozdrawiamy!

Ag i JaśParkJaśJa i MisiaJaśPark GuellAgJaśAgPark GuellBarcelonaJedzenieRodzinaBarcelonaIMG_9544BarcelonaBarcelonaPlażaAg i Misia