Nocny spacer (Wstęp).

Dotarliśmy do Aten nocą, w momencie najbardziej pustym, kiedy to ostatni poszukiwacze wrażeń opuszczają powoli kluby, zaś ranne skowronki nadal tkwią jeszcze w łóżkach. Był to początek weekendu, zmianę piątku w sobotę obserwowaliśmy znad chmur, byliśmy wtedy pewnie nad Słowacją, a może już bardziej na południe. I tak pierwsze wrażenia ze stolicy Grecji mam z wtedy, z tej pustej i ciemnej nocy. W hotelowym lobby przywitał nas podstarzały hipis, a gdy spytaliśmy gdzie o tej godzinie można zjeść to do pomocy w tłumaczeniu trasy dołączyła jego koleżanka, mająca wyraźnie męskie rysy i taki też głos. Taki to był gabinet osobliwości ten nasz hotel. Później poznaliśmy pozostały skład, sprzątającą tam Polkę czy młodą dziewczynę pracującą w restauracji. Tej ostatniej musiałem wpaść w oko, bo codziennie specjalnie dla mnie gotowała, a do dziś zaczepia mnie na Facebooku. Ostatnio napisała pełną desperacji wiadomość: „Nie ma Cię, dla kogo teraz będę gotowała?”. Patrzę na jej zdjęcia i na jej idolkę, Penelope Cruz, do której faktycznie jest podobna. Droga Mario, na pewno kogoś znajdziesz, przecież przez lokal przewija się tylu gości. Hotel był na uboczu, nie stał w żadnej polecanej w przewodnikach dzielnicy, dzięki temu myślę, że wiele doświadczeń stamtąd mogę uznać za autentyczne, za dobre odbicie kontynentalnej Grecji.

Wyszliśmy ze Staśkiem gdzieś koło czwartej w poszukiwaniu jedzenia. Kiedyś pisałem, że godzina czwarta to godzina samotności, faktycznie do opisywanej nocy to określenie pasuje jak ulał. Ateny, miasto kryzysu, ukazało mi się wtedy, w ten moment przedporanny w różnym świetle. Szliśmy ulicami i w głowie miałem Detroit, miałem obrazy z ostatniego Jarmuscha. Patrzyłem na wybebeszone kamienice, zapadnięte w asfalt auta, porozbijane lusterka wsteczne aut, poniszczone zderzaki, które wskazywały wyraźnie na styl parkowania Ateńczyków. Pusto było. Ściany budynków, rolety na witrynach sklepów miały barwy nocy, barwy sprejów, buntu lub postbuntu czyli przechodzące w pogodzenie się z realiami kryzysowych czasów. Ludzi było niewiele, czasami mijał nas skuter lub zagubiona w nocy postać. Większy ruch panował dopiero przy jednym z budynków, którym okazała się agencja towarzyska, tam przepływ ludzi wzrastał, rósł do rozmiaru ruchu przy polskim całodobowym sklepie. A propos sklepów polskich, dwa tego typu minęliśmy tej nocy, oba były zamknięte, lecz dało to nam do myślenia, że to właśnie w tę dzielnicę wrosła polska emigracja. Ostatecznie dotarliśmy do całodobowej restauracji, do greckiego fastfooda, gdzie niedobitki jadły w ciszy późną kolację lub wczesne śniadanie.

Taki był ten pierwszy grecki obraz, poczułem upadłe miasto, zniszczone kryzysem, obskurne, a zarazem z atmosferą, którą lubię. Odarte było ze sztuczności, widoki niosły w sobie smutną prawdę o greckim losie. Później nadszedł ranek, a po nim kolejne kiedy doświadczyliśmy miasta. Poniżej wpis, który zacząłem pisać w Atenach.

W cieniu Akropolu

Codziennie rano wita mnie pies, leży na schodach przed wejściem i kiedy przechodzę zapalić to widzę, że przymyka oczy i dałbym sobie rękę uciąć, że się uśmiecha. Polubił mnie, a ja jego, gdy robię zdjęcia w okolicy to spaceruje ze mną. Później wraca na swoje legowisko na ostatnim schodku przed hotelem Diethnes. Ten hotel to też niezła sprawa, jego pracownicy to osobliwości świata – kobieta o męskich rysach i takim też głosie, długowłosy siwy już facet pracujący nocami i kilka innych osób. Jak całe Ateny tak i hotel lata świetności ma za sobą. W pokoju wisi kartka, z której wynika, że doba powinna kosztować 90€, my płaciliśmy 24€. Jest pewna różnica. Różnic można szukać dalej, tak jak pomiędzy czasami świetności Akropolu, a współczesnością w Atenach. Ateny dzisiejsze, a starożytne różnią się od siebie zdecydowanie. Ta starożytność jest blizną, która ciągle wrasta się we współczesne ciało miasta, nadal swędzi, więc nadal się goi, nadal przypomina o czasach gdy w Grecji był sukces i oświecenie, gdzie światło świeciło nie tylko od góry, ale także od dołu, od ludzi. Dzisiaj pomiędzy ateńskimi wzgórzami gości głównie dekonstrukcja, konstrukcje przeniosły się w inne strony świata.

Wracając do psa, jest jednym z wielu widzianych na mieście, wcześniej kojarzyłem je z Rumunią, ale Ateny też mają swoją reprezentację, razem z kotami tworzą tło miasta. Tło tworzą również osprejowane mury. Zastanawiałem się dzisiaj z czego to wynika, lubię street art, zawsze lubiłem, ale nie spodziewałem się takiego natłoku graffiti akurat tutaj. Sztuka ulicy to sztuka alternatywy, sztuka niekiedy buntu, prawie zawsze biedy. A tej ostatniej tutaj nie brakuje, kryzys faktycznie odcisnął mocne piętno na tym mieście. Spacer współczesnymi Atenami to spacer po dekonstrukcjach, spacer po opuszczonych niczym w Detroit ulicach pustych domów, powybijanych szyb, wybebeszonych budynków sąsiadujących z budynkami wielkich korporacji. I tak biurowiec Emirates sąsiaduje z jednej strony ze szkieletem budynku, szkieletem konstrukcyjnym, lecz nigdy nie skończonym. Z drugiej strony stoi wielkie seks centrum, z Go-Go i sklepem z seks akcesoriami. A wszystko to przy ruchliwej trasie, greckiej alei Krakowskiej. Kiedy wejdziesz w ciasne, wąskie uliczki centrum to odnajdziesz sterty śmieci, zapach spalin i hałas wszelkiej maści silników. Budynki ekskluzywne, a obok biedne i puste, budynki piękne i brzydkie, wszystko się miesza, nie ma żadnego architektonicznego pomysłu, ani porządku. Taka jest współczesna ateńska ulica. Ja w tym widzę wiele uroku, lecz jest to uczucie trudne i pewnie na dłuższą metę męczące. Przeszkadza przede wszystkim hałas i smog. Graffiti, chaos budynków i brud to klimat, który można polubić, to klimat miasta dusznego, starego, które przetrawiło już sukces i dziś znużone wypluwa to co wcześniej przyjęło. Widzisz tych ludzi, tak wielu zniszczonych, którzy poddali się losowi i nie chcą już walczyć. Siedzą oparci o mury, brudni jak to miasto, szarzy i bez większej energii. Pamiętam jak kiedyś czytałem o Albanii, ateńska Grecja ma coś w sobie z Tirany, tutaj też przyszła porażka.

To nie jest tak, że miasto jest brzydkie. Zresztą, to o czym piszę powyżej wcale nie znaczy, że widoki nas przybijały. Trzeba przyznać, że miasto polubiliśmy i to uczucie jest w nas do teraz. To o czym piszę powyżej to tylko podkreślenie tych pierwszych impresji jakie nas spotkały. Ateny mają również dzielnice piękne, dzielnice turystyczne i kurortowe. W cieniu Akropolu znajduje się piękna Plaka, gdzie spędzanie czasu jest cieszeniem się z życia. Godzinami kelnerzy podają do stolików wino i grecką kuchnię, sery, owoce morza i mięsa. Ludzie zaś godzinami rozmawiają i się śmieją, patrzą w górę i podziwiają tę atmosferę Grecji z filmów, Aten ulokowanych wokół akropolskiego wzgórza. Podobnie sielsko jest na ateńskim wybrzeżu, w okolicach jeziora Vouliagmeni, gdzie ciszę przerywa dźwięk silników Porsche czy Ferrari, zaś w nadmorskich portach królują luksusowe jachty.

Ciąg dalszy nastąpi. Następny wpis w weekend!

Wszystkie wpisy z Grecji.

Ag

Ateny

Ateny
Ateny
Ateny

Ateny

AtenyAteny

Ateny
Ateny
Ateny
Ateny
Ateny
Ateny
Ateny
Ateny
Ateny
Ateny
Ateny
Ateny