To koniec Włoch, koniec Włoch pełnych piękna, podobno za Neapolem jest już tylko Amalfi, a dalej nie ma już nic. Dalej jest piasek i kamień. Ale nim dojedziesz na koniec, na kraniec końca, to dojedziesz właśnie na półwysep. Amalfi to czyste piękno, jedno z najładniejszych miejsc we Włoszech, serio, nie jest to tylko tekst z katalogów turystycznych.

Mijasz więc Neapol, mijasz dość długo, bo ciągnie się po bokach autostrady jakby nie miał końca. Później wznosisz się zboczem nad to miasto, patrzysz za siebie i widzisz morze budynków, niekończący się ich widok po horyzont, na horyzoncie zaś Wezuwiusz. Już jest pięknie, a to tylko namiastka tego co dalej. Niby tylko 50 kilometrów dzieli Neapol a Amalfi, jednak jest to odcinek, na który musisz poświęcić godzinę. Auto zaczyna kluczyć po zawijasach drogi, serpentynę zastępuje kolejny jej łuk, droga się zwęża, tak, że czasami pocisz się na samą myśl mijania z autem z naprzeciwka. Im bliżej Amalfi i Positano tym wężej, tym ciaśniej.

Zamieszkaliśmy w Ageroli, jest to miejscowość nad Amalfi. Zresztą wzięliśmy mieszkanie z tarasem na zboczu, z widokiem na wybrzeże, totalny odjazd. Nocą piliśmy wino, zachwycaliśmy się ciszą, ciemno było, za barierką zaś przepaść, siedzieliśmy tam we dwójkę i myśleliśmy o tym, że podróż to kwintesencja życia, że doświadczanie miejsc to magia. Piliśmy wino, za drzwiami tarasu spały dzieci, jedliśmy ser i patrzyliśmy w niebo, w gwiazdy. Cisza i spokój.

Nim zaszło słońce, nim nadszedł zmierzch, zjechaliśmy na dół, przespacerowaliśmy się tłocznym Amalfi, Jaś skakał z radości, szukał w morzu ryb, później kolejne próbował wyłowić z fontanny. Szliśmy przed siebie, czwórka szczęśliwych ludzi. Nie wiadomo kiedy nadeszła noc, a nas naszła ochota na lody. Pamiętam, że zamykali już lodziarnię, dla nas na chwilę zatrzymali spuszczanie krat wejściowych, kobieta weszła do środka i nałożyła porcje życząc smacznego. Siedliśmy na schodach i przy trzydziestu stopniach nocnego powietrza cieszyliśmy się atmosferą turystycznego miasta. Wszędzie porozstawiane stoliki, słychać było setki rozmów, śmiechy setek ludzi, dźwięk kieliszków uderzających o siebie, stukot sztućców o talerz. Atmosfera włoskich kolacji. Przypomniało mi się Trastevere i tydzień tamże bez dzieci, dzisiaj z nimi czuliśmy to samo.

Piszę to z perspektywy ponad miesiąca od pobytu, ale pamiętam jakby było to wczoraj, pamiętam smak potraw i barwy okolicy. Pamiętam poranek i mocne postanowienie zwiedzenia Positano. Plan był prosty, od razu po śniadaniu zjechać autem do Amalfi i stamtąd wziąć łódź do Positano. Niestety nie założyliśmy, że w lipcu, w weekend Amalfi jest tak zatłoczone, że nie znajdziemy parkingu. Szukaliśmy ponad godzinę, w trzech kolejnych miejscowościach. Bez skutku. Każdy parking był zapełniony w stu procentach. Wspominamy więc Amalfi na podstawie jednego spaceru, jednego wieczoru. Positano nie zobaczyliśmy. Obiecaliśmy sobie, że tam wrócimy, zresztą zawsze sobie tak obiecujemy. Tym razem słowa dotrzymamy, mamy bilety na grudzień, lecimy tam znowu całą rodziną.

To ciekawe, że pomimo, że z Polski jest bezpośrednie połączenie z Neapolem to niewiele znamy osób, które tam były. To dziwne. Zupełnie niezrozumiałe. Macie okazję to jedźcie tam. Fajne miejsce. Magia kurortu, magia krajobrazu, magia miasteczek i wąskich uliczek. Do tego dobre jedzenie. Nie potrzeba nic więcej.

IMG_4225IMG_4262IMG_4266IMG_4304IMG_4308AmalfiIMG_4289IMG_4284IMG_4322IMG_4327IMG_4250IMG_4335IMG_4343-2